Dr inż. Waldemar Siwiński, Honorowy Inżynier 2017


24-02-2018 17:38:31

Inżynier od rankingów

Podobno najlepiej określają mnie słowa „inicjator” i „katalizator”. Coś w tym jest... Dyplom magistra inżyniera, choć formalnie z niego nie korzystałem, pozwalał mi uczestniczyć w licznych przedsięwzięciach i projektach, z którymi bez inżynieryjnego przygotowania mógłbym sobie nie poradzić.

Od początku ciągnęło mnie też do dziennikarstwa. Już na pierwszym roku studiów na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej opublikowałem swój tekst w satyrycznej rubryce tygodnika studenckiego itd, a pierwszy poważny – rok później. Na łamach Życia i Nowoczesności broniłem wynalazku inż. Władysława Otockiego z Wrocławia, a tytuł „Wygrać hydrokoparkę!” mówił wszystko. Potem był Politechnik, kilka tekstów w Polityce i… Przeglądzie Technicznym oraz sporo w itd, którego zostałem naczelnym.

Facet od Bajtka

Prawdziwy dziennikarski sukces odniosłem w połowie lat 80. ub. wieku, kiedy – po przekonaniu grona ludzi z różnych instytucji i uczelni – wystartował Bajtek. To była prawdziwa euforia. Pisałem w pierwszym numerze: „BAJT - to 8 bitów, podstawowych jednostek informacji. BAJTEK - to popularne pismo, poświęcone temu wszystkiemu, co z przekształcaniem informacji się wiąże. Przede wszystkim chcemy być pomocni tym, którzy już mają lub chcą mieć komputery osobiste.” I zapowiadaliśmy: „Ambicją zespołu redakcyjnego BAJTKA jest zwalczanie analfabetyzmu komputerowego w Polsce”.

Trafiliśmy w swój czas, bo Bajtek sprzedawał się w półmilionowym nakładzie!

Czarnobyla…

Komunikat o wybuchu IV bloku elektrowni jądrowej w Czarnobylu położył wielki cień na mojej fascynacji możliwościami, jakie przed człowiekiem otwierają nauka i technika.

W kwietniu 1987 r., rok po katastrofie, dzięki pomocy wielu ludzi, przez półtora miesiąca jeździłem po „zonie”: w Ukrainie, Białorusi i Rosji, spotykałem się z uczestnikami wydarzeń. Jako jeden z kilku dziennikarzy zagranicznych byłem na procesie sądowym nad winnymi katastrofy. Jeździłem do Czarnobyla wielokrotnie, by zrozumieć to tragiczne wydarzenie i jego implikacje.

Czarnobyl oznacza koniec dominującego przez poprzedzające go 200 lat sposobu myślenia o nauce i technice. Od rewolucji przemysłowej ludzie wierzyli w nieograniczone (prawie) możliwości nauki i techniki. Była to epoka technologicznego optymizmu. Magiczne słowo „postęp” odmieniano na wszystkie sposoby. Panowało przekonanie, że nauka i technika mogą wszystko. Wola polityczna, zasoby i talenty miały dawać mityczny „postęp” i sukcesy. Czarnobyl postawił takiemu myśleniu ostrą przegrodę.

Gdyby wybuch IV bloku dotknął tylko załogę, świat przeszedłby pewnie nad tym do porządku dziennego. Ale promieniujące izotopy, wyrzucane z krateru zniszczonego reaktora, zagroziły ludziom nie mającym nic wspólnego z energetyką atomową, znajdującym się od niego bardzo daleko. Wybuch zagroził nam wszystkim. Pokazał, iż człowiek stworzył tak potężne urządzenia i systemy inżynieryjne, że ich awaria może być równoznaczna z zagładą ludzkości.

Pracując nad tekstami o Czarnobylu miałem cały czas przekonanie, że tę nową epokę trzeba solidnie udokumentować i opisać. Wiele lat później miałem satysfakcję, gdy podczas premiery jedynego polskiego filmu o Czarnobylu, współautor scenariusza, Sławek Popowski, stwierdził publicznie, że książką o Czarnobylu uratowałem „honor polskiego dziennikarstwa”.

… i rankingów

W 1987 r. nabyłem w Moskwie (!) tygodnik US News & World Report z rankingiem amerykańskich uczelni. Był był dla mnie odkryciem, bo w atrakcyjny sposób informował o szkołach wyższych. Na szczęście go nie wyrzuciłem.

Szukając liceum dla syna, a potem dla córki, przypomniałem sobie o pomyśle z rankingami. I tak powstał Ranking Liceów Warszawskich 1992 – pierwszy profesjonalny ranking edukacyjny w Polsce. Potem były rankingi ogólnopolskie: szkół średnich, potem wyższych i studiów MBA. Miały uporządkować maturzystom i ich rodzicom informacje o zmieniającym się w szybkim tempie polskim szkolnictwie wyższym.

W sumie przygotowałem i opublikowałem w miesięczniku edukacyjnym Perspektywy ponad 70 różnych rankingów. Choć publiczne debaty co jakiś czas przypominają, że rankingi są kontrowersyjne, to bez nich nie można już sobie wyobrazić szkolnictwa średniego i wyższego w Polsce i na świecie.

Moje działania zostały dostrzeżone i uznane za granicą. Jestem wiceprezydentem międzynarodowej organizacji IREG Observatory on Academic Ranking and Excellence, a Perspektywom powierzono prowadzenie jej sekretariatu. Kieruję grupą roboczą, której zadaniem jest wypracowanie nowego zestawu kryteriów do rankingu studiów inżynierskich, które lepiej odzwierciedlą jakość kształcenia inżynierów z punktu widzenia potrzeb przemysłu wysokich technologii.

Od zera stworzyłem wydawnictwo edukacyjne Perspektywy Press oraz założyłem i rozwinąłem Fundację Edukacyjną „Perspektywy”. Zainicjowałem – prowadzoną wspólnie z Konferencją Rektorów Akademickich Szkół Polskich – międzynarodową kampanię promocyjną polskich uczelni „Study in Poland”, jako prezes Polskiej Agencji Prasowej utworzyłem Centrum Prasowe PAP, uruchomiłem też targi edukacyjne i platformy internetowe; organizowałem wiele konferencji rankingowych (większość za granicą).

Czy przeżyłbym te przygody, nie mając za sobą studiów na najlepszej polskiej uczelni technicznej? Wątpię. Bo choć nie przepracowałem ani jednego dnia na stanowiskach inżynierskich, to cały czas mam w sobie silne poczucie inżynierskiego esprit de corps. Potwierdza je otrzymany w październiku ub.r. tytuł doktora honoris causa Politechniki Kijowskiej „KPI im. Igora Sikorskiego”.

Zawód inżynierski to – przywołując angielskie określenie z XIX w. – sztuka kierowania siłami natury na pożytek człowieka. Bo inżynier to taki człowiek, który zajmuje się projektowaniem i doprowadzeniem do tego, żeby to, co zostało zaprojektowane, mogło być wykonane i na dodatek jeszcze działało z pożytkiem.

Tak właśnie, niezależnie od miejsca pracy, staram się działać.

Komentuje Waldemar Rukść

21-22
Aktualny numer WSZYSTKIE
eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl