Mgr inż. Janusz Śniadek, Honorowy Inżynier 2017


24-02-2018 17:41:42

Od budowy okrętów do sejmowej ławy

Od urodzenia mieszkam w Gdyni, w „mieście z morza i marzeń” i nawet nie dopuszczam myśli, że mógłbym zmienić miejsce zamieszkania. Z okresu dzieciństwa i początków edukacji wspominam spacery z rodzicami, a później wyprawy z rówieśnikami na pobliskie molo, plażę i pod piękny klif w Orłowie. Rozbudzona wtedy fascynacja morzem przesądziła o moich dalszych planach i życiowych wyborach.

Studia na Wydziale Budowy Okrętów Politechniki Gdańskiej były oczywistą wypadkową moich zainteresowań, młodzieńczych pasji oraz odkrywanych w sobie różnych predyspozycji i talentów.

Zawód inżyniera to mój własny, nieprzypadkowy i dobrze przemyślany wybór. Gdy kończyłem szkołę podstawową i jeszcze nie byłem pewien tego, co chcę w życiu robić, poszedłem do liceum ogólnokształcącego, aby pozostawić sobie otwartych wiele możliwości. Edukacja w liceum ma określone zalety, ale również wadę, o której szybko przekonałem się na studiach. Z mojego punktu widzenia zaletą był większy wymiar przedmiotów humanistycznych, sprzyjający takim zainteresowaniom, jak literatura i filozofia, oraz dobry poziom przedmiotów ścisłych – matematyki i fizyki, które bardzo lubiłem. Później, na studiach technicznych, dużym mankamentem okazał się brak na poziomie średnim  przedmiotów zawodowych. Na zajęciach na przykład z metaloznawstwa, podstaw konstrukcji maszyn, rysunku technicznego itp. dostrzegałem wyraźnie przewagę, jaką moim kolegom dawało wcześniejsze ukończenie technikum. Z kolei wspomniane już matematyka i fizyka  czy np. geometria wykreślna, tzw. kreska, były moją silną stroną.

Od Algolu 60 do „Solidarności"

Praktyki studenckie odbyte przed rozpoczęciem i w trakcie studiów, dały mi dobre wyobrażenie o tym, na czym polega praca w stoczni. Wiedziałem więc dokładnie, że chcę pracować jako inżynier w biurze konstrukcyjnym. Stąd wybór tematu pracy magisterskiej. Zasadniczą jej częścią było napisanie i uruchomienie programu komputerowego do obliczeń wytrzymałościowych rusztu pokładu drobnicowca. Pisałem go w archaicznym dzisiaj języku Algol. Program z kolejnymi wersjami danych zawoziłem do ośrodka obliczeniowego na politechnikę, gdzie w sporym pokoju stała poczciwa Odra. Nośnikiem były wówczas papierowe karty perforowane. Były sztywne i dość duże, dlatego program z kolejnymi wersjami danych z trudem mieścił się w kartonie po butach, który okazał się wygodnym pojemnikiem.

Na nowej drodze

Po studiach, w sierpniu 1981 r. , a więc jeszcze w okresie „karnawału Solidarności”, podjąłem pracę w Stoczni im. Komuny Paryskiej, późniejszej Stoczni Gdynia. Razem z umową o pracę podpisałem deklarację wstąpienia do NSZZ Solidarność. Wprowadzony wkrótce stan wojenny był dla mnie dużym szokiem. Bez wahania włączyłem się w stoczni w działania podziemnych struktur Solidarności. Rozpocząłem drogę, którą idę przez całe swoje dorosłe życie. Drogę do realizacji ideałów sierpnia 1980 roku, przesłań solidarności. Bardzo lubiłem pracę, którą wykonywałem w zespole kadłubowym, gdyż dawała mi wiele satysfakcji. Najciekawsze przygody zawodowe to np. projektowanie geometrii, a następnie konstrukcji kluz kotwicznych. Potem – półroczne oddelegowanie do pracy w biurze Gdyńskiej Stoczni Remontowej Nauta, półroczne oddelegowanie do współpracy z Centrum Technik Okrętowych, przy próbie unifikacji węzłów konstrukcyjnych, w celu stworzenia numerycznego programu projektowania konstrukcji kadłuba. Kiedy po Okrągłym Stole, w 1989 r. wychodząc z podziemia, przystąpiliśmy do reaktywacji legalnych struktur, zostałem wybrany przewodniczącym „Solidarności” najpierw w Biurze Konstrukcyjnym, a następnie Komisji Zakładowej Stoczni. Początkowo myślałem: to chwilowy epizod, nie przeczuwając nawet, że otwiera się nowy, dwudziestoletni rozdział mojego życia – oddelegowania do pełnienia kolejnych funkcji z wyboru, na Przewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” kończąc.

Inżynierskie podejście

Nigdy nie miałem najmniejszych wątpliwości, że umiejętności, sposób myślenia i nawyki wyniesione z zawodu, są mi niesłychanie pomocne, także w działalności publicznej. Przystępując do każdego kolejnego przedsięwzięcia, rozpoczynałem od analizy, jakim materiałem dysponuję, jakie ma właściwości, a następnie zastanawiałem się nad najlepszą technologią wykonania zadania.

Dyscyplina pracy i poczucie odpowiedzialności za bezpieczeństwo ludzi wykonujących zaprojektowaną konstrukcję i eksploatujących zbudowany statek to schematy myślenia przenoszone do nowych obszarów aktywności.

Rok przed wygaśnięciem mojej drugiej kadencji Przewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, Stocznię Gdynia zlikwidowano. Po zakończeniu kadencji nie miałem już dokąd wracać, musiałem więc zdecydować, co dalej. Decyzję o wejściu na drogę aktywności politycznej podjąłem po konsultacji z kolegami z „Solidarności”. Uważałem, że ich poparcie dla mnie oraz akceptacja dla programu Prawa i Sprawiedliwości, są warunkami koniecznymi, abym mógł kandydować do Sejmu.

Moje wejście na drogę polityczną było naturalną konsekwencją tego, co robiłem wcześniej przez całe życie. Dodatkową motywacją była przyjaźń ze św. pamięci Prezydentem Lechem Kaczyńskim i chęć realizacji jego testamentu. Budowanie silnej gospodarczo i politycznie, suwerennej Polski. Dzisiaj mam poczucie, że dokonywałem w życiu właściwych wyborów zawodowych i politycznych.

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl