Mgr sztuki Leszek Świdziński, Honorowy Inżynier 2017


24-02-2018 17:43:47

Technika maestrii

Rodzące się w dzieciństwie fascynacje czasami przesądzają o tym, kim będziemy w dorosłym życiu. Ale nie zawsze tak jest. Jak pamiętam, zawsze pociągało mnie wszystko, co wiązało się z mechaniką, konstruowałem kręcące się zabawki z silniczkami. Nieodmiennie frapowały kolejne zadania na zajęciach praktycznych w szkole.

Lubiłem rozebrać rower, żeby zobaczyć, jak jest zbudowany, choć zdarzało się, że nie do końca udawało mi się go złożyć z powrotem. Zostawała jakaś śrubka, niedokręcony element. I wtedy z pomocą przychodził tata.

Ten zegar stary...

Podziwiałem mojego ojca. Lekarz weterynarii, zawodowo leczył zwierzęta, a po godzinach zabierał się za naszego trabanta. Wyremontował złamany resor, w skrzyni biegów potrafił wymienić pierścienie. Nie z braku dostępu do warsztatów mechanicznych, lecz z miłości do techniki. Samochód jeździł, działał i to była w moich oczach najlepsza ocena zdolności technicznych taty. Potem obudziła się w nim pasja do starych zegarów. To, że potrafił te zegary ożywiać, było dla mnie czymś niesamowitym. Wypiłowywał tryby, z paru blaszek dorabiał elementy, a ja jako dziecko zawsze mu przy tym asystowałem.

Klasę matematyczno-fizyczną wybrałem świadomie, ponieważ matematykę i fizykę lubiłem bardziej od przedmiotów humanistycznych. A jednak podczas uroczystości obchodów 800-lecia szkoły (szkoła zaś była znamienita – LO im. Marsz. Stanisława Małachowskiego w Płocku), wybrano mnie, bym recytował Norwida i Broniewskiego. Może była w tym też zasługa pani od polskiego, która zawsze powtarzała, że to, iż jesteśmy w klasie mat-fiz, zobowiązuje nas, byśmy byli lepsi od humanistów.

A potem z marszu filia Politechniki Warszawskiej z bardzo rozbudowanym – jak przystało na Płock, miasto z fabryką maszyn żniwnych – wydziałem mechanicznym ze specjalnością maszyny rolnicze. W ramach studenckich praktyk robotniczych, które wtedy były obowiązkowe, przed pierwszymi zajęciami trafiłem na stanowisko robotnika w fabryce maszyn żniwnych w Kutnie. Produkowałem na prasie różne drobne elementy i wydało mi się to o wiele ciekawsze, niż te wszystkie bardzo teoretyczne przedmioty, które czekały nas na pierwszym roku nauki.

Czas burzy i naporu

Studia techniczne podjąłem jednak z ogromnym zapałem i może byłbym teraz praktykującym inżynierem (projektującym kombajny na przykład), gdyby nie polityka i historia. Zaczął się czas stanu wojennego. Studia techniczne nabrały innego charakteru, stały się niemal zmilitaryzowane, przez co w nowym świetle ujrzałem swoje funkcjonowanie w materii technicznej. Ale nic to. Przetrwałem strajk na uczelni, przetrwałem stan wojenny. Jednak gdy już wróciłem do studiowania, czułem, że emocje jeszcze nie ostygły. Przy rozbudzonej chęci działania i tworzenia – absolutnym zbiegiem okoliczności – ożywiło się jeszcze jedno zainteresowanie z dzieciństwa, kiedy to rodzice posyłali mnie na lekcje fortepianu. W stanie wojennym, gdy zawieszono zajęcia, pojawiło się trochę wolnego czasu, żeby go więc wypełnić, zapisałem się do szkoły muzycznej. A ponieważ jako dziecko bardzo ciężko chorowałem na astmę oskrzelową, nieraz lądując na oddziałach intensywnej terapii, za poradą lekarzy grać chciałem na trąbce, by wzmocnić mięśnie płuc.

Okazało się, że nie ma pedagoga od trąbki.

Viva il cantare

– Idź na śpiew – powiedział dyrektor.

– Chwila – ja na to. – Śpiewać to sobie sam mogę. Ja chcę mieć jakiś instrument, dokument, że jestem instrumentalistą.

Argumentem dyrektora było, że nie będę musiał nosić instrumentu. Poszedłem na lekcje z ciekawości i tak się zaczęło. W miarę poznawania repertuaru muzyka wciągnęła mnie tak mocno, że sztuka przeważyła nad techniką i w końcu zostałem śpiewakiem operowym. Ukończyłem Warszawską Akademię Muzyczną i mam tytuł magistra sztuki zamiast magistra inżyniera.

Ale jednak...

Oprócz namacalnej techniki w teatrze, wymyślanych przez scenografów konstrukcji scenicznych, gąszczu inżynierii budowlanej, chemicznej i pirotechnicznej, systemu sztankietów, scen obrotowych, zapadni, całej tej scenicznej iluzji, teraz, kiedy sam jestem pedagogiem, przychodzi mi na myśl paralela, że w nauce śpiewu jest taka sama przeliczalność wiedzy, jak na politechnice. 97% nauki śpiewu to jest praca, świadome używanie technicznych kanonów, inżynierskie podejście do gospodarki emocjami i energią.

Opera matematyczna

Muzyka to czysta matematyka ze swoim metrum i nieubłaganą koniecznością perfekcyjnego ulokowania się w czasie. Muzyka to również fizyka, gdyż trzeba umieć w odpowiednim napięciu lub luzie trzymać mięśnie odpowiedzialne za krtań, głośnię i rezonatory. Trzeba umiejętnie zadąć w głośnię, by wydała właściwy dźwięk. Tak jak w technice, w śpiewie operowym nie ma miejsca na żywioł, wszystko musi być przemyślane, obliczone i zaplanowane.

Bardzo ważnym etapem w życiu artystycznym moim i mojej rodziny – żony (Beata Wardak, mezzosopran) i moich dzieci jest stworzona przez nas Europejska Fundacja Promocji Sztuki Wokalnej. Dzięki niej promujemy młode talenty, zaś moje talenty techniczne znajdują tu pole do popisu. Przypadło mi bowiem w udziale – oprócz śpiewu – robienie dekoracji i reperowanie zepsutych pulpitów. A gdy parę lat temu wystawialiśmy w Warszawskim Domu Technika „Toscę”, sam zbudowałem tutaj scenę.

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl