Wino dla inżyniera (202). Wina z kapsułek


25-06-2018 22:06:24

W "Czterdziestolatku" była kiedyś taka scena: do drzwi inż. Karwowskiego zapukała Irena Kwiatkowska, oferując mu możliwość zakupu jakiegoś ultranowoczesnego gadżetu – a kiedy ten powiedział, że jemu to nie jest potrzebne, niezrażona skontrowała: "Proszę Pana, postęp techniczny już za Pana zdecydował!".

Często czuję się tak, jakby postęp techniczny decydował już prawie o wszystkim, co mnie dotyczy, a moje zdanie generalnie przestaje się liczyć. Ten postęp prowadzi dziś przede wszystkim do rozwiązań prostszych w obsłudze, co wcale nie znaczy jednak, że lepszych. Przykładem niech będzie kawa –- z uwagi na szybkość uzyskania filiżanki gotowego naparu i wygodę coraz częściej robi się ją z kapsułek, chociaż ta z klasycznego, dużego ekspresu z młynkiem była lepsza. To jednak nie wszystko. Dostałem ostatnio w prezencie herbatę w kapsułkach; mają ten sam kształt i wymiary co kapsułki z kawą, więc można je używać w ekspresach do kawy.

Abstrahując od obaw co do smaku takiej herbato-kawy (przecież ten smak kawy z dysz ekspresu musi się przenieść do herbaty), zacząłem się naprawdę bać przyszłości. Spytają Państwo, dlaczego? Ano dlatego, że może ktoś wpadnie niedługo na pomysł produkowania również win w kapsułkach – bo znacznie łatwiejsze w transporcie, bo zlikwidują problem otwartych i niedopitych butelek, wyeliminują konieczność stosowania trudnych w obsłudze korkociągów, no i wybór będzie znacznie łatwiejszy ze względu na nieuchronną unifikację: "poproszę dwie kapsułki merlota, dwie caberneta i jeszcze kilka chardonnay". Po prostu z dziesięć różnych rodzajów wina zamiast dziesiątków tysięcy etykiet, jakie dziś oferuje nam świat.

Nie chcę podpowiadać pomysłów producentom, ale można by zacząć od grzańca. Taki grzaniec byłby łatwy do uzyskania na zwykłych "kapsułkowych" ekspresach do kawy. Uzyskanie innych win wymagałoby już innego sprzętu, ale w końcu co to za problem!

To okropna wizja przyszłości i pozostaje jedynie mieć nadzieję, że się nie ziśći. Co w związku z tym pozostaje na dziś? Tradycyjna, szklana butelka oraz ogromna różnorodność win – i oby zostało tak jak najdłużej.

Już same nazwy win mogą być źródłem wielu przyjemnych doznań. Weźmy np. takie wino "The Three Wooly Sheep" – Sauvignon Blanc z nowozelandzkiego Marlborough. Trzy wełniste owieczki (tak mniej więcej nazwę wina przekłada się na polski) – ta nazwa sama z siebie jakoś tak nastraja pozytywnie do świata. Do tego wino jest świeżutkie, aromatyczne i kosztuje (w Centrum Wina) tylko 60 zł, co jak na wina z Nowej Zelandii jest wręcz okazją.

Albo np. takie "The Chocolate Block" z RPA – smak tego czerwonego (chociaż tak naprawdę, to prawie czarnego), gęstego wina rzeczywiście kojarzy się jakoś z czekoladowym blokiem. To wino na pewno świetnie pasowałoby np. do brownie. Nie jest wprawdzie najtańsze (cena powyżej 100 zł, Dom Wina), a do tego chwilowo nie ma go na rynku, ale warto poczekać.

Co poza tym? Jak zwykle wina z Apulii. Zacznijmy od nieśmiertelnego Primitivo – tym razem DOC Primitivo di Manduria o nazwie "Menhir" z firmy Menhir Salento. Co to znaczy Menhir? Otóż jest to nieociosany głaz o wrzecionowatym kształcie, ustawiany pionowo jako pomnik na grobach dostojników celtyckich. I rzeczywiście wino jest pomnikowe (ekstrakt, owoc, równowaga!), a do tego kosztuje tylko ok. 70 zł (Dom Wina).

I na koniec jeszcze jedno: wino z Apulii, ale nie Primitivo, tylko Negroamaro, do tego w bardzo ciekawej wersji, bo robione z podsuszanych winogron, jak Amarone w Veneto. Conte di Campiano Negroamaro Passito z Salento (bo tak się ono nazywa) to kwintesencja wina, jakie tygrysy lubią najbardziej – gęstego jak smoła, wytrawnego, ale z leciutką iluzją słodyczy w tle. I to wszystko za niecałe 60 zł (Centrum Wina)!

Niech sczezną kaspułki – my cieszmy się tym, co dziś możemy wypić z butelek.

Na zdrowie!

winny maniak

Komentuje Waldemar Ruksć

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl