Coraz mniejsze


01-08-2018 16:45:52

Skoro minikomputery odniosły sukces, to czemu nie pójść dalej i nie spróbować zrobić jeszcze czegoś mniejszego. Jeszcze mniejszego? Wtedy wyglądało to mało realnie.

- W latach 70-tych wygłaszałem cotygodniowe felietony o komputerach dla redakcji naukowej Polskiego Radia na ulicy Myśliwieckiej. Opowiadałem o tym, jak staną się mniejsze, szybsze i zdolne do wykonywania coraz to nowych zadań. A kiedyś, być może, w odległej przyszłości niektórzy ludzie będą mieli w domu własne komputery. Sam w to nie wierzyłem i tak tylko mówiłem, żeby słuchaczy oswoić z tematem. Nie mieściło mi się w głowie, iż za życia doczekam się komputera w swoim mieszkaniu. Teraz czuję się trochę jak oszust, którego kłamstwa ni stąd ni zowąd okazały się prawdą. – wyznaje popularyzator nauki.

Komputer w domu – po co?

Podobne zdanie mieli światowi stratedzy. W 1972 r. Ken Olson, założyciel i długotrwały prezes Digitala (firmy, która wywołała rewolucję wprowadzeniem minikomputerów), stwierdził publicznie, że „nie ma najmniejszego powodu, by ktokolwiek odczuwał potrzebę instalowania komputera w swoim domu”.

Za pierwszy komputer osobisty uznaje się maszynę Altair 8800 firmy MITS z 1975 r. (to ten, który skonstruował Bill Gates z kolegą). Jednak takim, który rzeczywiście został zauważony przez użytkowników był zaprezentowany rok później Apple I. A już Apple II produkowany od 1981 r. podbił rynek. To był jednak rynek głównie biurowy ze względu na edytor tekstu i arkusz kalkulacyjny, które okazały się dla kancelistów nad wyraz przydatne.

Wciąż dominujący wśród producentów sprzętu IBM nie mógł sobie pozwolić na rezygnację z potencjalnie pokaźnego kawałka tortu. Odpowiedział na wyzwanie modelem IBM PC 5150, ale na numer nikt nie zwracał uwagi i mówiono o nim PC. Firma dopiero w 1983 r. trafiła na globalną żyłę złota – IBM PC/XT, czyli Personal Computer/eXTended (w dosłownym tłumaczeniu „osobisty komputer/rozszerzony”).

Ponieważ pojęcie minikomputer już się przyjęło, więc o tych nowych mniejszych maszynach przez jakiś czas zaczęto mówić „mikrokomputery”. Ale co z nazwami dalej? Przecież prawo Moore’a empirycznie wykazało swoją poprawność1.

Ekstrapolując ten trend może się okazać, że w połowie XXI wieku komputery będzie można na zebrania zabierać w teczkach. Trzeba będzie tylko teczki wyposażyć w osobną kieszeń z przytrzymującym rzepem, żeby się elektronika nie poobijała.

A potem, ale już chyba już w XXII w., mogą się pojawić komputery, które da się nosić na ręku jak zegarki. Też będą podawać czas, ale oprócz tego mierzyć ciśnienie, rejestrować dokonania sportowe i wyświetlać kalendarz spotkań oraz przy okazji liczyć, co trzeba. A nawet umożliwiać rozmowy telefoniczne, jeśli będzie się miało pod ręką odpowiedni kabelek do podłączenia do najbliższego gniazdka Telekomunikacji Polskiej.

Pecet na stercie słomy

No to co robić z tą nazwą? Dodawać do słowa komputer następne przedrostki nano, piko, fento, kiedy pojawią się coraz mniejsze? Nikt tego nie zrozumie. Ponadto mikrokomputery już teraz za często mylą się z minikomputerami. A zatem dajmy sobie spokój z tymi mikrokomputerami, spolszczmy IBM-owskie Personal Computer na komputer osobisty, albo po prostu na „pecet” i tego terminu bez kompleksów używajmy.

Chwila, moment. Jakim prawem tak swobodnie mówimy „komputer”? Przecież do niedawna obowiązującym oficjalnie terminem była „elektroniczna maszyna cyfrowa”. Dzięki temu wnieśliśmy znaczący wkład do światowej nauki, bo każdy polski artykuł był objętościowo dużo dłuższy niż angielski. Jeśli redakcja czasopisma tego podejrzanego słowa nie zamieniła, to „komputer” i tak wykreślała cenzura. Co się takiego stało, że teraz już można?

Otóż podobno ktoś (nazwisko znane redakcji, ale nie podamy, chyba że CBA wymusi) dla żartu napisał artykuł, w którym wywodził ten termin od staropolskiego (choć naprawdę z pochodzenia łacińskiego) słowa „komput”. Pamiętamy przecież z Sienkiewicza wojska komputowe. Rzekomo bez wiedzy autora ten tekst został wysłany do miesięcznika „Nowe Drogi”, który go opublikował. „Nowe Drogi”" były ideologiczną tubą Komitetu Centralnego PZPR. Dowcip potraktowano na serio i to wystarczyło, żeby komputer przestał być słowem niecenzuralnym.

Dobrze się stało. Im bardziej świat będzie zjednoczony językowo, tym lepiej. Nawet Rosjanie mówią teraz компьютер. Francuzi, co prawda, uparcie trwają przy swoim l'ordinatour, ale jak się powie komputer, to bez problemu rozumieją. Nie ma co przesadnie bronić czystości języka, skoro tylko niewielki procent naszej współczesnej mowy jest pochodzenia rdzennie prasłowiańskiego, a reszta to naleciałości z rozmaitych okresów. Jeśli coś pasuje do ducha języka i zwięźle oddaje istotę rzeczy, to nie ma powodu, żeby to odrzucać.

Puryści broniący dziś dostępu do naszego słownictwa kilku słowom obcym podobni są do ludzi siedzących na stercie słomy i czyniących dzikie wysiłki, aby nie dopuścić kilku ździebeł siana niesionych przez wiatr pod pozorem, że zaśmiecą one całą stertę… Desperackie próby powstrzymania fal języka, które nieodmiennie unoszą ze sobą słowa rodzime, a przynoszą zagraniczne odmładzając język przez obcą krew. Na to żaden rasizm językowy nie pomoże. – pisał mistrz polskiego słowa2.

Mazovia w kosmosie

Faktem jest, że IBM PC stał się ogólnoświatowym standardem, do którego inni producenci musieli się dostosować. To, co wytwarzali musiało mieć nalepkę „kompatybilne z IBM”, bo inaczej nie znalazłoby nabywców. Takim właśnie klonem IBM PC była całkiem udana 16-bitowa Mazovia. Opracowana w Instytucie Maszyn Matematycznych przez tę samą ekipę, która przedtem zaprojektowała minikomputer Mera 300, prawie nie wymagała sprowadzanych za dewizy komponentów. Kilka tysięcy jej egzemplarzy wyprodukowano w zakładach Mera, które przy okazji przeistoczyły się w firmę Mikrokomputery. To pierwszy polski komputer wysłany w przestrzeń międzyplanetarną, co zostało udokumentowane w kadrze przedstawiającym Centrum Dowodzenia Siłami Kosmicznymi z filmu „Pan Kleks w kosmosie”.

Prace nad konstrukcją Mazovii były prowadzone nie tylko sprawnie i energicznie, lecz również nowocześnie... Równie wielką wagę jak konstrukcji, przypisywano wzornictwu. Zlecono projekt design'u i skoordynowanie wzornicze wszystkich elementów systemu - jednostki centralnej, monitora, klawiatury i drukarki profesjonalnej firmie. Było to w pełni uzasadnione przewidywaną grupą docelową odbiorców, w której obok dotychczasowych z gospodarki państwowej, mieli znaleźli się liczni użytkownicy prywatni oraz raczkujące małe przedsiębiorstwa tzw. sektora nieuspołecznionego3.

Polski komputer powinien obsługiwać polskie litery. Ale z tym był istotny problem. Jak wygenerować na tym z natury anglojęzycznym pececie nasze znaki diakrytyczne. Niektórzy posuwali się do ostateczności i używali softu przeznaczonego dla profesjonalnego składu drukarskiego. Taki choćby TeX, stosowany do drukowania tekstów naukowych, pozwalał na wyświetlanie złożonych wzorów matematycznych i całkiem nieźle się do tego nadawał. Ale mozolne przesuwanie o ułamki milimetrów ogonka pod ę albo kropki nad ż tak, żeby idealnie pasowały w każdym słowie to była benedyktyńska praca.

Zmuszenie procesora i monitora do zaakceptowania i poprawnego wyświetlenia ą i ć okazało się poważnym problemem technicznym. Stworzono specjalną tablicę kodów i opracowano nową klawiaturę. Jak widać na zdjęciu w Mazovii były klawisze z polskimi diakrytykami. Do napisania ł i ż nie trzeba było wciskać prawego alta! Ta wojna karnawału z postem trwała jednak krótko. Decydujący o jej rozstrzygnięciu Microsoft nie zdecydował się na zaakceptowanie tej lokalnej fanaberii.

Od tej pory używamy zatem „klawiatury maszynistki”, takiej jak w zwykłej maszynie do pisania. Może lepiej, że tak się stało. Problemów na razie jest niewiele. Czasem tylko trzeba wytłumaczyć jakiejś starszej osobie, dlaczego do napisania zwykłej litery ź musi przycisnąć prawy alt i jednocześnie x. Jest tak, jak wszędzie na świecie i wszyscy się już przyzwyczaili. Jedyną niespodziankę mogą stanowić klawiatury niemieckojęzyczne, na których położenie „z” i „y” jest zamienione, więc lepiej nie wypełniać formularzy w Internecie pisząc bezwzrokowo jak się jest na wakacjach w tamtych stronach.

Komfort pisania miał jednak swoją cenę. W połowie lat 80. ub. wieku Mazovia z zestawem odpowiednich peryferii kosztowała 3 mln zł. Że to były inne pieniądze? Niezupełnie, bo denominację redukującą cztery zera w banknotach przeprowadzono dopiero dekadę później. W opisywanych czasach średnia pensja oscylowała wokół dwudziestu paru tysięcy. Zatem zwykły obywatel dorobiłby się tego komputera po ponad 10 latach. Gdyby oczywiście przez ten czas pilnie oszczędzał, nic nie jadł i spał pod namiotem.

Osobiste i domowe

Polskich komputerów osobistych było więcej: ośmiobitowe Meritum produkowane przez zakłady Mera-Elzab w Zabrzu (wyprodukowano ok. 10 tys.), Elwro 500 i Elwro 600 przeznaczone do prac biurowych, Bosman 8 (rzecz jasna 8-bitowy) opracowany na Politechnice Gdańskiej oraz parę innych, mniej lub bardziej udanych konstrukcji.

We wdzięcznej pamięci pokolenia, które wtedy miało przywilej pobierania edukacji „na średnim poziomie” (to ministerialne określenie właściwie oddaje jej jakość) zapisał się natomiast Elwro 800 Junior. Ten 8-bitowy komputer powstały na zlecenie Ministerstwa Oświaty i Wychowania produkowało od 1986 r. Elwro. Maszyna zaprojektowana na Politechnice Poznańskiej oferowała więcej, niż oczekiwano. Mogła pracować w sieci, czego Ministerstwo w zamówieniu nie wymagało. Można na niej było uruchamiać programy nie tylko w Basicu, ale też Turbo Pascalu. Juniorów, które wielu zachęciły do informatyki, powstało w sumie kilkanaście tysięcy.

W nazewnictwie zrobił się natomiast lekki bałagan. Elwro 800 Junior był oczywiście komputerem osobistym, ale zaliczano go też do podklasy komputerów domowych. Jeszcze przed powstaniem IBM PC przejściowo tak określano maszyny Atari, Commodore 64 i ZX Spectrum. Były to urządzenia o mocno uproszczonej budowie, ze słabszym procesorem, ale z niezłą grafiką i dźwiękiem. Znakomicie sprawdzały się w grach komputerowych. Nie miały jednak siły pecetów, a czasem nawet dostatecznej pamięci, którą często zastępował podłączony magnetofon, albo kaseta z grą. Były natomiast znacznie tańsze.

Przez jakiś czas obu terminów używano wymiennie, a granica między nimi była rozmyta. Po wycofaniu się Atari z biznesu komputerowego i bankructwie Commodore drogi się rozeszły, a z komputerów domowych potem wypączkowały konsole do gier, które - jak choćby Xbox - są ciągle w obiegu. To komputery domowe jednak sprawiły, że w niektórych polskich domach komputer stał się ważniejszy od telewizora.

Marek Hołyński

 

 

 

 

 

 

 

 

Komputery Mazovia w filmie „Pan Kleks w kosmosie”.

 

 

 

 

 

Klawiatura Mazovii z polskimi znakami - tak też mogliśmy kiedyś pisać.

1. Gordon Moore, który był jednym z założycieli Intela. W 1965 r. stwierdził, że co około półtora roku podwaja się liczba tranzystorów w układach scalonych. Okazało się, iż ta prawidłowość mniej więcej obowiązuje również przyrosty pojemności pamięci i szybkości procesorów.

2. Melchior Wańkowicz, Karafka La Fontaine’a, Wydawnictwo Literackie, 1972

3. Wojciech Nowakowski: 50 lat polskich komputerów, historia romantyczna. Esej historyczny, IMM 2008

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl