Składaki i giełdy


20-08-2018 11:37:49

IBM nie utrzymywał sekretów swojego PC w tajemnicy, traktując je jako tzw. otwartą architekturę i na krótką metę uzyskał dzięki temu rynkową przewagę. W latach 80. ub. wieku pecet stał się kanonem, do którego musieli się dostosować inni wytwórcy sprzętu i autorzy oprogramowania, jeśli mieli zamiar cokolwiek sprzedać.

Ta strategia miała też jednak sporą wadę. Skro bowiem wszyscy znają obowiązujące standardy dla rozmaitych składników peceta, to każdy może przestrzegając tych norm, je wytwarzać. Z tych kompatybilnych elementów i urządzeń peryferyjnych kupowanych z rozmaitych źródeł da się następnie samemu złożyć komputer. Działający jak oryginalny pecet, ale znacznie tańszy. To się zdecydowanie opłacało.

Jeżeli każdy to może sobie poskładać, to czemu nie mogłyby tym się zająć polskie firmy? Z ograniczeniami importowymi dawały sobie dotąd obrotnie radę. Nie tylko sprowadzały, przede wszystkim z Dalekiego Wschodu, gotowe komputery. Najlepsze przebicie dawało sprowadzanie komponentów i montowanie ich np. w piwnicy albo w stodole, bo kultowych dla amerykańskich startupów garaży przy domach było niewiele. Potem składaki sprzedawano w kraju lub w demoludach. Sąsiedzki rynek był równie chłonny, a niewielu lokalnych przedsiębiorców wpadło na ten prosty pomysł biznesowy. Nabywcy byli wniebowzięci. Ceny sprzętu spadały po kilka lub kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, a urządzenia okazywały się nie tylko tańsze, ale też bardziej niezawodne od komputerów produkowanych przez państwowy przemysł.

Mistrz informatyki

Nie było łatwo, bo informatycy nastawieni biznesowo ciągle byli stygmatyzowani piętnem „prywaciarzy” i władze starały się, jak mogły, im życie utrudnić. Sytuacja jak z Barei. Zgodnie z obowiązującymi przepisami firmę informatyczną można było założyć tylko jako zakład rzemieślniczy. Czyli mieć papiery mistrzowskie (w informatyce?) i zadeklarować, ilu czeladników (kierowników projektów?) ma się zamiar zatrudnić. A jeśli ktoś przebrnął przez wszystkie utrudnienia i rozkręcił firmę, to musiał zapłacić 85% podatku dochodowego od działalności gospodarczej.

Można było tego uniknąć, działając pod przykrywką państwowego przedsiębiorstwa. Powiedzmy, że mamy spółkę Agrotechnika, oficjalnie zarejestrowaną jako Zakłady Usługowo-Wytwórcze Zarządu Krajowego Związku Młodzieży Wiejskiej, sprawnie dotąd handlującą mięsem i jajkami. Ale okazuje się, że komputery to jeszcze lepszy biznes. Wystarczy założyć firmę Agrokomputer, jakkolwiek taka nazwa może absurdalnie brzmieć. Bo nie wiadomo, czy chodzi o maszynę cyfrową napędzaną trawą, czy pecet wykonujący podorywki. I kto by się tym przejmował, jeśli w ten sposób da się opchnąć z niezłą marżą partię komputerów niezbędnie ich potrzebującemu Głównemu Urzędowi Statystycznemu. To nawet nieźle merytorycznie pasuje, bo GUS co roku podaje wyniki zbiorów z hektara.

Przez lata koncentrowano się na sprzęcie, oprogramowanie pozostawiając na dalszym planie. A software stawał się z roku na rok coraz bardziej ważny. Jego istotności boleśnie doświadczyło Elwro, zmuszone przez rozwój sytuacji do rezygnacji z własnych planów i dostosowania konstruowanych maszyn do istniejącego software’u.

Uwaga na soft

Na początku była, już wzmiankowana przy okazji XYZ, bardzo udana próba z kompilatorem języka algorytmicznego Sako. Ale potem niewiele się działo. Programiści skupili się na zapewnianiu podstawowych funkcjonalności komputerom opracowywanym w kraju oraz adaptowaniem do naszych potrzeb oprogramowania firm zagranicznych. Wykonywali ogrom pracy, ale ich wysiłki pozostawały anonimowe. No bo co z tego, że na kolejnym modelu komputera działa Basic, Fortran, Algol i jeszcze parę języków wysokiego rzędu. To przecież oczywiste, że tak ma być.

Nowatorskich rozwiązań było niewiele. Już w 1976 r. powstał system zarządzania bazą danych Rodan używany w kilkunastu ośrodkach polskich (przede wszystkim w sieci ZETO) i zagranicznych (m.in. we Włoszech). Na potrzeby komputera K-202 stworzono system Sowa (System Operacyjny WieloAktywny), który pod nazwą Crook był systemem operacyjnym Mery 400. Ciekawy język Loglan’82 stworzony w Instytucie Informatyki Uniwersytetu Warszawskiego też miał działać na Merze 400 i nic z tego nie wyszło. W latach 1984–88 w Instytucie Podstaw Informatyki PAN był rozwijany system operacyjny IPIX – polski odpowiednik Uniksa. Ale się nie przyjął. Szkoda, że w odpowiednim momencie nie zdano sobie sprawy, że soft stanie się bardziej istotny niż hardware.

Opóźnienie to szybko nadrobiły dziesiątki prywatnych firemek, które zaczęły pisać oprogramowanie dla kancelarii notarialnych, sklepów czy dyrektorskich sekretariatów. Sporo pecetów trafiło do państwowych przedsiębiorstw, gdzie na początek zastąpiły maszyny do pisania. Potem zaczęto używać prostych aplikacji finansowo-księgowych i gier. Przechodząc korytarzem dowolnego urzędu, można było usłyszeć dobiegające z pokojów charakterystyczne dżingle Space Invaders lub Pinballa.

Ma być po polsku

Programy użytkowe trzeba było spolonizować, bo potencjalni klienci z lengłidżem sobie słabo radzili. Skoro już wydali tyle pieniędzy, to żądali, żeby pecet komunikował się z nimi zrozumiale. To nie zawsze było proste, bo tłumacze byli rozmaici i zdarzało się, że ten sam termin w podobnych systemach był przekładany inaczej. Z Windowsami i arkuszami kalkulacyjnymi jakoś się udało. W procesorach tekstu jeszcze długo trzeba było się zmagać z błędnymi poprawkami ortografii i nieadekwatnym zasobem synonimów.

Jednak mimo tych trudności mikrofirmy szybko opanowały rynek, bo sztywniackie PRL-owskie instytuty i fabryki drobnica kliencka mało interesowała. W 1987 r. zjechały się wszystkie do Gdańska na pierwsze polskie komputerowe targi „Baltkom”. Natomiast entuzjaści już wessani przez informatykę zaopatrywali się zwykle nie na targach, a na giełdach komputerowych. Zresztą wszyscy, który chcieli kupić cokolwiek, czego w ogołoconych z towarów sklepach nie było, musieli się zaopatrywać na podobnych zaimprowizowanych targowiskach.

Określenie giełda może być mylące. To nie wyglądało jak szacowna giełda papierów wartościowych. Raczej pchli targ. Zwykle w weekendy handlowano tam wszystkim, co było związane z komputerami i dawało się sprzedać. Zyski wystawców pochodziły głównie z nielegalnego przegrywania oryginalnego oprogramowania renomowanych modeli Atari, Sinclair lub Commodore.

Było to oczywiście piractwo w czystej postaci. Ale apele o uczciwą kompensację dla ludzi, którzy to oprogramowanie stworzyli, byłyby mało skuteczne i zresztą nigdy się nie pojawiały. W sytuacji, gdy koszt legalnego nabycia upragnionego softu przekraczał średnie krajowe miesięczne wynagrodzenie, przestrzeganie praw autorskich stawało się pojęciem abstrakcyjnym. I do legitymizacji tego, jeśli go oceniać z dzisiejszej perspektywy, przestępczego procederu przyczyniła się jeszcze podbudowa ideowa.

Piratom cześć!

Komputery osobiste powstały bowiem, choć z pewnym opóźnieniem, w odpowiedzi na hasło Power to the people („Władza dla ludzi”). Komputerów osobistych nie traktowano jak sprawniejszych kas fiskalnych. One budziły niezrozumiałe dla ogółu emocje i nadzieje na stworzenie oddolnej demokracji. Chodziło o wyrwanie maszyn cyfrowych z krwawych szponów rządu, wojska i wielkich korporacji, o przechytrzenie stojących na ich straży poprawnie przystrzyżonych kapłanów w białych fartuchach.

W Dolinie Krzemowej kontestacyjny rodowód był wówczas wyczuwalny na co dzień. Zwyczaje niewiele się zmieniły od czasów, gdy w Homebrew Club, klubie projektantów-amatorów w Menlo Park, zaczynał Jobs z Woźniakiem (ojcowie ich obu pracowali w firmach elektronicznych). Wtedy hobbiści na dobre zbratali się z ideologami pod hasłem: „Musimy mieć nieograniczony dostęp do maszyn cyfrowych”.

Członkowie klubu spotykali się co drugą środę w audytorium budynku stanfordzkiego akceleratora liniowego. Otwarcie ujawniali detale swoich projektów, dzielili się schematami optymalnych połączeń układów elektronicznych. Z rozwiązanym problemem szli, zamiast biec do biura patentowego, do Homebrew Club i wyjaśniali go kolegom. Mieli poczucie ważności swojej misji – kryteria biznesowe, ambicje i partykularyzmy schodziły na dalszy plan.

Zwłaszcza oprogramowaniem należało się dzielić. Nie zaczyna się przecież pisania każdego softu od napisania Begin.

Szuka się stworzonych przez innych gotowych modułów, które po niewielkich zmianach można zaadaptować do bieżącego projektu. Potem składa się całość z już istniejących kawałków i tylko dopisuje brakujące części. Gdyby każde przedsięwzięcie software’owe zaczynać od zera, to trwało by ono latami. Po co wymyślać koło, skoro już ktoś tego dokonał i wszyscy go używają. Rasowi programiści nie mają pretensji do piratów. Wręcz przeciwnie. Są dumni z tego, że komuś napisany przez nich kod się przydał do realizacji kolejnych pomysłów.

Marriott rekrutuje

Te szczytne zasady zostały z aplauzem przejęte przez wygłodzony polski rynek. W istotę ruchu na rzecz wolnego oprogramowania mało kto wnikał, ważny był potwierdzony ideowo placet na darmowe kopiowanie. Dla giełd był to okres prosperity. Przegrywanie programów stało się niemal normą. Czy było to naganne? Oczywiście. Ale dziesiątki tysięcy adeptów informatyki nauczyły się dzięki temu sprawnego korzystania z komputera. Na giełdach była również dostępna literatura komputerowa w polskim tłumaczeniu. Niektóre z giełd komputerowych przetrwały do dzisiaj, ale część mocno się ucywilizowała, przeistaczając niemal w sterylne pasaże handlowe.

Przedstawiciele zagranicznych koncernów docenili potencjał nowego terenu. Wiadomo, że im większy obszar sprzedaży, tym mniejsze koszty jednostkowe. Reprezentanci uznanych firm drobiazgowo badali rynek. To była forpoczta późniejszych osławionych „Brygad Marriotta”, czyli zatrzymujących się zazwyczaj w hotelu Matrriott naprzeciw warszawskiego dworca centralnego przedstawicieli zagranicznych koncernów.

Taniość, oczywistą zaletę składaków, neutralizowali argumentem o rzekomej niezawodności markowych. Nawiązywali kontakty i szukali kandydatów do współpracy. Były nimi zwykle polskie przedsiębiorstwa, które miały dość zapału i technicznych kompetencji, żeby stać się dystrybutorami zachodniego sprzętu i oprogramowania. Czasem dochodziło między nimi do ostrej rywalizacji o ten status.

Okres prezentacji produktów i podpisywania umów w pokojach hotelowych po jakimś czasie się jednak skończył. Większość zagranicznych firm wkrótce zdecydowała się na założenie w Polsce swoich przedstawicielstw. Ale inwestowały ostrożnie. Polskich firm informatycznych było co prawda już grubo ponad tysiąc, ale niewiele z nich dysponowało kapitałem na podejmowanie poważnych przedsięwzięć.

Po transformacji ustrojowej w 1989 r. wiele z raczkujących firm upadło. Niektóre jednak przekształciły się w sprawnie zarządzane, kompetentne merytorycznie, poważne przedsiębiorstwa produkujące komputery i oprogramowanie albo świadczące usługi informatyczne. Nasz kraj w Europie jest rzadkim wyjątkiem, bo tu największe obecnie przedsiębiorstwa informatyczne mają lokalne korzenie i nie są powiązane z międzynarodowymi koncernami.

Marek Hołyński

 

 

 

 

 

 

 

Typowy klon IBM PC

 

 

 

 

 

 

 

Giełdziarze

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl