Nauka „na kliknięcie”


17-04-2015 20:15:26

Z prof. dr hab. Włodzisławem Duchem, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, rozmawia Marek Bielski

- Czy nie grozi nam pogubienie się w wirtualnym świecie?

- Można powiedzieć, że jest to nasz problemem wynikającym z nadmiaru. Ten proces znalazł się faktycznie w fazie ogromnej ekspansji. Po sukcesie facebooka, powstają bardzo rozliczne sieci społecznościowe. Jest ich doprawdy tak wiele, że trudno teraz wyrokować, co przetrwa i w co warto inwestować swój czas. Niektóre z sieci społecznościowych zaczęły się specjalizować w nauce. Nie sposób nie zauważyć takich, jak LinkedIn, Researchgate czy Figshare. Ale przecież są i inne nie mniej popularne, chociażby academia.edu. mająca ponad 16 mln użytkowników!

 "Nature" ma swój własny network, gdzie współpracuje 25 tys, naukowców, łącząc się za pośrednictwem tej sieci społecznościowej, dyskutują i wspólnie oceniają badania naukowe. Na blogu wspólnot nature.com wymienia się informacje na temat komunikacji naukowej.

Coraz więcej dostaję próśb od nowych serwisów, ostatnio z Chin, aby dostarczać na tamtejsze strony informacje o działalności polskich naukowców.

ReaserchGate zachęca naukowców, aby nie tylko dodawać swoje publikacje, ale także przyłączać się do badań już prowadzonych przez innych i wykorzystać możliwość skonsultowania się w danej dziedzinie. Można tam też uzyskać informację statystyczne dotyczące np. cytatów z własnych badań.

- Czy informacyjne tsunami nie stwarza problemów z określeniem kompetencji osób aktywnych w internecie, a tym samym wiarygodności przekazywanych danych?

- Naukowcy radzą sobie z tym całkiem dobrze. Jeśli ma to znaczenie w związku z potwierdzeniem kompetencji, badacze zajmujący się określonymi tematami informują się nawzajem o rodzaju prowadzonych prac i osobach, które je prowadzą. W ten sposób buduje się pewna baza ekspercka. Każdy życzy sobie jednak wykazu publikacji, chce żeby mu zawodowy życiorys przedstawić. Wszyscy idą w tym samym kierunku "sprawdzania" potencjalnego partnera do naukowej współpracy. Ale nie ma jeszcze takiej bazy napełniającej się automatycznie tymi informacjami, które gdzieś już przecież są w internecie.

- Einstein, gdyby żył w dobie internetu miałby trudności z udowodnieniem, że jest kompetentnym ekspertem, tym bardziej, że nie pracował zespołowo...?

- Jestem przekonany, że wręcz odwrotnie. Teraz są repozytoria i jak tylko ktoś napisze oryginalny artykuł, na pewno miałby bardzo dużo komentarzy. Rzecz ciekawa , że teraz jak ktoś ma zupełnie "wariacki pomysł", może sięgnąć do cyfrowych archiwów (np. archivex gdzie znajdują się różne prace z dziedziny fizyki) i będzie mógł skonfrontować swoje idee, z tym co ongiś proponowano. Już na etapie idei jesteśmy w stanie dokonać weryfikacji, sporządzić ekspertyzy, etc. To jest ten ewidentny zysk, wynikający z możliwości szybkiego dostępu do informacji, w tym także historycznych.

Powstają coraz bogatsze cyfrowe zasoby edukacyjne, co automatycznie oczywiście nie oznacza, że naukowcy, nauczyciele, studenci i uczniowie będą z nich potrafili skorzystać. Zawsze twierdzę i powtarzam: żeby szukać trzeba najpierw znaleźć coś, co jest warte naszego szukania. Do tego potrzebna jest pewna struktura myślenia. A jej nie będzie bez odpowiedniej edukacji i odpowiednich programów organizujących informację we właściwy sposób.

Im więcej w Polsce będziemy mieli w przestrzeni publicznej informacji w otwartym dostępie tym lepiej wykorzystamy pracę naukowców dla społecznego pożytku. Wyniki badań naukowych temu przecież służą.

- Widzi Pan w „otwartym dostępie” szansę zwiększenia skuteczności promocji polskiej nauki w świecie?

- Dbając o wysoki poziom nauki polskiej, trzeba zabiegać równocześnie o jej promocję. Coraz szersza obecność nauki "w sieci" skutecznie temu służy.

- Co Pan, Panie profesorze, jako fizyk i informatyk zyskał dzięki własnej wieloletniej aktywności w internecie?

- Moja pierwsza współpraca miała miejsce w 1984 r. Potem założyłem konto na serwerze i udostępniałem wstępne wersje swoich prac. Zachęcałem swoich kolegów, aby czynili podobnie. Dzięki m.in. mojej aktywności udało mi się zorganizować większe konsorcjum na początku lat 90. i otrzymać z UE grant na milion dolarów. I tak to się zaczęło.

- Repozytorium w UMK jest tego dowodem, że udało się Panu przekonać i innych naukowców do cyfrowego upowszechniania!

- Nie jestem jakimś szczególnym przypadkiem, mogącym być przykładem do analizy z zakresu socjologii nauki. Tak jak i inni badacze sam dostarczam treści naukowe do przechowywania w sieci, ale też jestem beneficjentem swojej aktywności. Miałem i mam dzięki temu liczne zaproszenia na różne seminaria, sympozja, sesje naukowe, czy propozycje do wzięcia udziału w konkretnych projektach międzynarodowych. Dzięki internetowi znalazł mnie np. Bayer Diagnostics z Nowego Jorku i poprosił o wygłoszenie na ich dorocznym zjeździe wykładu, jak sieci neuronowe mogą wspomóc diagnostykę medyczną. Następnie poproszono mnie o zorganizowanie warsztatów i uczestnictwo w projekcie związanym z interpretacją wyników hematologicznych.

Politykę otwartego dostępu wprowadza coraz więcej uniwersytetów w świecie, począwszy od Harvard, czy MIT oraz agencji finansujących badania, jak amerykański NIH oraz brytyjski Wellcome Trust. To już norma!

- Nie musicie więc już Państwo wyważać wcześniej "otwartych drzwi"?

- W praktyce życia naszej naukowej społeczności jesteśmy tak naprawdę na etapie starań, aby owe symboliczne drzwi do "wirtualnej nauki" móc otworzyć maksymalnie szeroko. I tu są potrzebne określone regulacje. Nie ma jednak wątpliwości, że otwartość nauki jest aktualnie rzeczą kluczową. Dlaczego? Społeczność uczonych jest przez siebie samą na bieżąco informowana o postępach i ogranicza się zjawisko powielania tych samych badań. Otwarta nauka generuje postęp.

- Korzyść przynosi już sam fakt, że widać was on line?

- Wiadomo kto nad czym pracuje i czy może być wciągnięty do międzynarodowej współpracy. Zwłaszcza teraz, skoro jest coraz więcej dużych europejskich programów na które są przeznaczane pieniądze z UE. Myślimy w Polsce o tworzeniu wirtualnych instytutów, w których ludzie rzeczywiście dzięki środkom technicznym mogliby ze sobą współpracować, niekoniecznie musząc przebywać razem w jednym pomieszczeniu.

- Wirtualne instytuty to też pomysł na oszczędności, które można przeznaczyć już na same badania, a nie na utrzymanie budynków, czy administrację?

- W znacznym stopniu tak. Sporo ludzi pracuje teraz we własnych domach. I to nie tylko jest trend amerykański. W Europie jest to coraz powszechniejsze zjawisko. Na przykład blisko kampusu uniwersytetu Aalto w Finlandii utworzony został oddział Microsoftu. Funkcjonuje bez wydzielonych biur dla swoich pracowników. Jeśli jego pracownicy chcą się razem spotkać idą do ... stołówki. Na co dzień pracują w domu. Dysponują informatycznymi narzędziami, które pozwalają im dobrać się w grupy do rozwiązania konkretnego problemu. Kiedy sformułowany jest problem, zgłaszają się, ci którzy nad takim lub podobny zagadnieniem już pracowali i mogą coś wnieść. Zabrzmi to anegdotycznie, ale nasi fińscy gospodarze podczas wizyty w uniwersytecie Aalto pokazali nam chatkę na zupełnym odludziu, gdzie pracuje kluczowy do realizacji dużego projektu człowiek. Jego wybór – woli tam pracować i być daleko od cywilizacji, w porządku.

- A przykład z Polski?

- Niedawno podpisaliśmy umowę w sprawie utworzenia Polsko-Amerykańskiej Rady ds. Innowacji. Pierwsze seminarium robocze jest planowane w maju. Referaty wcześniej pojawiają w sieci na stronach www, a samo spotkanie jest na żywo transmitowane. Duże spotkanie konsorcjum 12 partnerów amerykańskich i 12 partnerów po stronie polskiej, w którym ma uczestniczyć ok. stu osób będzie się odbywało czysto wirtualnie. A co za tym idzie bez ponoszenia większych kosztów. Dysponujemy własnym systemem wideokonferencji PLATON, który został stworzony w celu oszczędności m.in. na kosztach podróży.

- Nie można nie poruszyć kwestii rzutującej negatywnie na skalę otwartego dostępu, a związanej z tzw. nauką koncernową. Jednym z mało budujących przykładów wydaje się być sektor B+R koncernów farmaceutycznych!

- Jest to – niestety - jedna z realnych barier, na które napotyka idea otwartej nauki. Regulacje prawne idą w świecie w tym kierunku, że jeśli projekty badawcze, granty, prace naukowe są dotowane z budżetu państwa, a więc de facto przeznacza się na nie pieniądze podatnika, to powstałe treści powinny być w określonej formule i określonym czasie (dopuszczalne jest pewne opóźnienie w celu ochrony praw autorskich) upublicznione w wersji elektronicznej.

- A jaki będzie los tradycyjnej książki akademickiej w wersji papierowej?

- Nie chcę wieścić końca akademickich podręczników w wersji papierowej. Wydaje się, że i dla nich jest miejsce w systemie edukacji. Możliwości techniczne poligrafii są już teraz doprawdy ogromne, nic więc dziwnego, że coraz częściej spotykamy się z „drukiem na życzenie” dla osób, które preferują tradycyjną formę czytania.

- W jednym ze swoich artykułów proponował Pan nawet cyfrowy Szabat!

- Tak, cały tydzień to jest „sabat informacji” atakujących nasze mózgi, więc przydał by się jeden dzień odpoczynku od komputera dla higieny psychicznej, na rzecz spaceru, słuchania muzyki najlepiej na żywo i lektury książek tych pięknie złożonych przez wybitnych przedstawicieli sztuki drukarskiej.

- Najlepiej tych składanych antykwą toruńską!

- Trudno nie darzyć sympatią miasta i swojej macierzystej uczelni.

- Dziękuję za rozmowę.

Studia on-line na razie na Śląsku

Jednym z najnowszych ciekawych przedsięwzięć związanych z e-learningiem jest umożliwienie osobom niepełnosprawnym zdawania egzaminów i zaliczeń na odległość. Pierwszy wdraża to Uniwersytet Śląski w Katowicach. Zakupił sprzęt, który pozwoli studentom będącym w trudnej sytuacji życiowej zorganizować pracę w domu. Mogą już, dzięki nowemu zaliczać nawet egzaminy dyplomowe.  Nowoczesny sprzęt pozwala na bezpośrednią dwustronną komunikację

Zestaw pozwoli też podnieść standardy obsługi osób niepełnosprawnych. Dzięki nowym technologiom studenci będą mogli brać udział w niektórych wykładach i szkoleniach na odległość. W skład systemu wchodzi monitor/telewizor, kamera, mikrofon oraz terminal (tzw. kodek), czyli urządzenie zdolne do przekształcania obrazu i dźwięku, który można przekazywać do innych uczestników wideokonferencji.

Pierwszych dwóch studentów testowało już system i pozytywnie oceniło jego działanie. Studenci mają nadzieję, że od przyszłego roku akademickiego pojawi się również możliwość zdalnego uczestniczenia w ćwiczeniach.

 

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl