I czasopisma


02-11-2018 13:08:12

Kiedy nie było jeszcze Internetu wiedzę informatyczną czerpało się przede wszystkim z fachowych czasopism i książek. Przygotowania do uruchomienia poważnego czasopisma o tematyce komputerowej rozpoczęto latem 1965 r. Cykl poligraficzny trwał wtedy trzy miesiące, więc pierwszy numer pisma, pod mało atrakcyjnym tytułem „Maszyny matematyczne, zastosowania w gospodarce, technice i nauce”, jest datowany na listopad-grudzień.

Oficjalnie był to organ Pełnomocnika Rządu ds. Elektronicznej Techniki Obliczeniowej i Naczelnej Organizacji Technicznej. Redaktorem naczelnym został prof. Leon Łukaszewicz, który mocno się w tę inicjatywę zaangażował i jako dyrektor Instytutu Maszyn Matematycznych zlecił jej realizację szefowej branżowego ośrodka informacji naukowo-technicznej IMM.

Informatycy publikują

Wydawano ten periodyk w nakładzie 2000 egzemplarzy, co pokrywało potrzeby szczupłego w tamtych latach grona zainteresowanych czytelników.

- Czasopismo, którego pierwszy numer oddajemy do rąk Czytelników, przeznaczone jest przede wszystkim dla szerokiego kręgu aktualnych i potencjalnych użytkowników maszyn matematycznych, tj. ekonomistów i inżynierów różnych specjalności, organizatorów, projektantów, konstruktorów i pracowników nauki. Celem czasopisma jest stałe informowanie, w sposób możliwie przystępny, o najnowszych osiągnięciach i perspektywach rozwoju zastosowań maszyn matematycznych, udostępnianie materiałów oraz danych technicznych i ekonomicznych o środkach, metodach i systemach przetwarzania informacji  ̶ pisała w słowie wstępnym redakcja.

Z tych deklaracji wywiązywano się lepiej niż pozwalały na to ograniczenia ówczesnej sytuacji, bo kolegium redakcyjne składało się z ludzi, którzy rzeczywiście na informatyce się znali. Tym bardziej, że ze skromnych środków finansowych wydawcy, czyli Wydawnictw Czasopism Technicznych NOT (dlatego pismo było też organem NOT) pierwszy etat  ̶ dla sekretarza redakcji  ̶ udało się wykroić dopiero po roku. Pismo dostarczało konkretnych informacji o tym, co się w kraju dzieje i obfitą porcję wiadomości ze świata. Spis treści drukowano nie tylko w obowiązkowych wersjach polskiej i rosyjskiej, ale też angielskiej. Materiałów do druku pojawiało się tyle, że po dwóch latach z dwumiesięcznika pismo stało się miesięcznikiem (choć czasem numery wakacyjne łączono w jeden), a prenumeratorów przybywało. Publikowano opisy najciekawszych wdrożeń i nowinek technicznych, sprawozdania z bieżących wydarzeń, relacje z wyjazdów zagranicznych, recenzje ważnych książek. Był też kącik językowy.

Językoznawca akceptuje

Tam właśnie pojawiło się decydujące językoznawcze rozstrzygnięcie dotyczące omawianej już wcześniej legalności słowa komputer. Wydane przez niekwestionowany autorytet, prof. Witolda Doroszewskiego, autora „Słownika języka polskiego” i „Słownika poprawnej polszczyzny”. W poradniku językowym „Informatyki” pojawił się list: Mgr Anna Symańska z Warszawy spotkała się ze zdaniem, że wyraz komputer należy do żargonu i że nazwą poprawną jest elektronowa maszyna licząca, nazwa ta jednak wydaje się jej zbyt długa, prócz tego korespondentka sądzi, że komputer pochodzi od wyrazu komput, który ma piękną tradycję w języku polskim (komputowe wojsko), nic więc nie zmusza do dyskwalifikowania tego wyrazu.

Odpowiedział prof. Doroszewski: Dawne wojsko komputowe i dzisiejszy komputer mają tyle wspólnego, że zawierają ten sam prefiks i ten sam rdzeń co wyraz łaciński computus - „rachunek”. Dawny polski komput oznaczał „stan liczebny, zwłaszcza stan liczebny wojska uchwalony przez sejm”. Z tą tradycją dzisiejszy komputer nie ma związku: jest to wyraz przejęty z angielskiego, w języku zaś angielskim jest to neologizm dość świeżej daty, nie ma tego wyrazu jeszcze w małym Słowniku Oksfordzkim, w wydaniu z 1956 r. Komputer jako międzynarodowy termin naukowo-techniczny nadaje się do używania i nie ma powodu go zwalczać. Najważniejsze jest to, żeby mieć takie maszyny i móc się nimi posługiwać.

Redakcja równie rozsądnie ten werdykt komentuje. Długi spór w środowisku obliczeniowców o termin komputer doczekał się rozstrzygnięcia przez prof. dr. Witolda Doroszewskiego. Osobom, które lansowały ten termin - gratulujemy. Oponentów pocieszamy, że istnieje jeszcze znaczna liczba dyskusyjnych terminów, którymi warto się zająć1.

A takich terminów w rodzącej się branży z przewagą słów anglojęzycznych było dużo. Problemy zwłaszcza mieli informatycy przebywający czasowo zagranicą dostarczający referatów na krajowe konferencje. Omawiam system Microsoft Windows. Jak to nazywacie w Polsce? Okna, czy okienka Microsoftu? Nie przejmuj się, my teraz mówimy na to widnowsy.

Czasem angielskich pojęć używano nie zawsze w ich pierwotnym znaczeniu. Oto przykład. Jeśli jakiejś pomyłki w kodzie nie udawało się mimo długotrwałych wysiłków usunąć, a ona mało szkodziła, to programiści, zamiast oznaczyć ją jako błąd, kwalifikowali to żartobliwie do kategorii „undocumented feature”, czyli nieudokumentowanej cechy systemu. Wszyscy anglojęzyczni wiedzieli o co chodzi i doceniali dowcip. Natomiast w wydanym w Polsce poważnym słowniku terminów komputerowych można natomiast było przeczytać poważną definicję: undocumented feature  ̶ nieudokumentowana funkcja – funkcja programu istniejąca w oprogramowaniu, ale nie opisana w dokumentacji użytkowej i niedostępna w menu programu. Autor hasła mniej więcej wyczuwał o co chodzi, ale - z braku orientacji w zwyczajach zachodnich programistów - potraktował ten termin z przesadnym namaszczeniem. No cóż, ścisłe definicje tworzą prawdziwą naukę.

Klan wcale nie taki mikro

W rezultacie opisanych już poprzednio zmian w podejściu do terminologii po sympozjum w Zakopanym „Maszyny Matematyczne” zaczęły się od 1971 r. ukazywać pod tytułem zmienionym na „Informatyka”. I przez długi czas było to jedyne pismo zajmujące się tą tematyką. Jego monopol przetrwał do lat 80. Czyli do momentu, gdy w firmach zaczęły się pojawiać pecety, a w prywatnych mieszkaniach mikrokomputery w rodzaju Spectrum, Atari lub Commodore. To już były dziesiątki tysięcy potencjalnych czytelników spragnionych nie naukowych dywagacji, ale konkretnych porad dotyczących używanych przez nich urządzeń.

„Informatyka”, co prawda, zmonopolizowała komputerowy rynek prasowy, ale była otwarta na nowe trendy. Na początku 1984 r. pojawił się w niej dział "mikroKLAN", którego powstanie redakcja uzasadniała następująco: Mikroprocesory przestały być w Polsce elitarnym hobby. Pierwsze „prawdziwe” systemy mikroprocesorowe stały się rzeczywistością. Ale są jeszcze absurdalnie drogie. Zmusza to projektantów sprzętu i oprogramowania do stosowania niekonwencjonalnych rozwiązań, własnych lub przejętych od kogoś - stwarzających rynek nie całkiem zależny od państwowego producenta... mikroKLAN - od nowego roku wkładka INFORMATYKI, poświęcona popularyzacji „mikroprocesorowych” pomysłów. Znajdą w niej miejsce ciekawe rozwiązania sprzętowe i programowe. A także opisy „ukrytych” cech popularnych układów, pomijanych w katalogach, a przysparzających konstruktorom wielu kłopotów2.„Mikroklan” się usamodzielnił i od 1986 r. zaczął wychodzić jako miesięcznik. Wydawany przez Sigma-NOT osiągał nakład 100 tys. egzemplarzy, ale nie sprostał konkurencji i przetrwał tylko dwa lata.

Potrzeby były już bowiem inne. Trzeba było trafiać nie do profesjonalistów, ale rzesz nie mających wiele wspólnego z branżą czytelników, którym potrzebne były konkretne porady i wskazówki. Powstały potencjał rynkowy idealny dla popularnych wielonakładowych czasopism komputerowych wykorzystał w 1985 r. miesięcznik „Bajtek”, dodatek do gazet „Sztandar Młodych” i „Odrodzenie”. O tym jak wygłodzony był ten rynek świadczy zniknięcie z kiosków całego 50-tysięcznego nakładu w ciągu dwóch dni. W zasadzie pismo było adresowane do dzieci i młodzieży, ale szczytny cel popularyzacji informatyki zmobilizował uznane naukowe sławy (z prof. Władysławem M. Turskim na czele) i dziennikarzy z rozmaitych pism już zainteresowanych tematem. Od początku na łamach pojawiała się też spora reprezentacja zafascynowanych informatyką studentów i uczniów szkół średnich, którzy byli świetnie zorientowani w rzeczywistych zainteresowaniach czytelników.

Dla starszych i lepiej obeznanych z komputerami użytkowników rozpoczęto w 1986 r. wydawać miesięcznik „Komputer”. Cykl miesięczny okazał się zbyt długi dla spragnionych nowości fanów pecetów, więc w 1989 r. ukazał się dwutygodnik „PC Kurier” i dodatkowo miesięcznik „Enter”. W 1990 r. amerykańskie wydawnictwo IDG, od jakiegoś czasu obserwujące polski rynek wydawniczy, zdecydowało o włączeniu się do akcji z poważanym na całym świecie „Computerworldem” oraz wkrótce przejęło miesięcznik „Komputer” przeistaczając go w „PC World Komputer”. Później dołączyła do tego bogatego zestawu polska edycja miesięcznika „Chip”.

Zakres zagadnień informatycznych interesujących czytelników stale się powiększał, więc zrobiło się miejsce dla pism poświęconych bardziej szczegółowym tematom. Tacy choćby entuzjaści gier komputerowych mieli do dyspozycji aż trzy: „Top Secret”, „Gambler” i „Secret Service”.

I książki też

Powierzchowną gazetową wiedzę pogłębiano głównie z książek. Były to przede wszystkim solidne prace zagranicznych autorów wydawane nie zawsze z poszanowaniem praw autorskich. Krajowi specjaliści dość wcześnie podjęli wyzwanie publikując wiele wartościowych pozycji. Nie tylko wąskofachowych, ale także popularnych3. Do dziś przynajmniej jedną z półek w wielu prywatnych domach zajmują tomy z charakterystycznym kołem i kwadratem na białych okładkach znakomitej serii „Informatyka” Wydawnictw Naukowo-Technicznych.

Sekundowały im książki Państwowych Wydawnictw Naukowych. To ta oficyna wypuściła na rynek fundamentalną pozycję Johna von Neumana „Maszyna matematyczna i mózg ludzki”4 w tłumaczeniu znakomitego filozofa nauki Klemensa Szaniawskiego. Tematyka komputerowa, na równi z pozycjami Umberto Eco i Ericha Fromma, była obecna w Bibliotece Myśli Współczesnej, czyli zainicjowanego przez Państwowy Instytut Wydawniczy ważkiego intelektualnie cyklu Plus-Minus Nieskończonoś5,6. Podobnie było z promującą najnowsze dokonania nauki i rozchwytywaną przez czytelników serią Omega publikowaną przez Wiedzę Powszechną7,8.

Po transformacji ustrojowej tama się otworzyła i czytelniczy rynek zalała fala komputerowej literatury. Rozmaitej jakości. Najistotniejsze światowe pozycje pojawiały się z minimalnym opóźnieniem, sporo poradników typu "Internet dla opornych", ale też dużo niezbyt wartościowej korporacyjnej i marketingowej komercji. Było co czytać.

Marek Hołyński

 

Okładka pierwszego numeru czasopisma "Maszyny Matematyczne" listopad-grudzień 1965, nawiązująca graficznie do fragmentu taśmy dziurkowanej

Pierwszy numer "Bajtka"

 

1. Maszyny Matematyczne, 1/1970

2. Informatyka, 10/83

3. Adam Empacher: Maszyny liczą same?,  Wiedza Powszechna, 1959

4. John von Neuman: Maszyna matematyczna i mózg ludzki, tłum. Klemens Szaniawski, Państwowe Wydawnictwa Naukowe, 1963

5. Andrzej Targowski: Informatyka klucz do dobrobytu, PIW, 1971

6. Władysław M. Turski: Nie samą informatyką, PIW, 1980

7. Milton R. Wessel: Komputer i społeczeństwo, Wiedza Powszechna, 1976

8. Marek Hołyński: Sztuczna inteligencja, Wiedza Powszechna, 1979

Komentuje Waldemar Ruksć

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl