Zdrowa Rzeczpospolita


21-11-2018 21:13:45

Za stworzenie jednolitego systemu opieki zdrowotnej w niepodległej Polsce odpowiedzialne było Ministerstwo Zdrowia Publicznego i Opieki Społecznej. Przyjęta w 1920 r. ustawa o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby, wzorowana na rozwiązaniach niemieckich, wprowadziła regionalne kasy chorych i składki, które zapewniały ubezpieczonym bezpłatną pomoc lekarską, pobyt w szpitalu oraz zasiłek.

W pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości szerzył się tyfus, cholera, czerwonka i inne choroby zakaźne, swoje robiły masowe migracje ludności ze Wschodu. Epidemię starano się opanować, izolując chorych i prowadząc masowe akcje szczepień. Ustanowiono Naczelny Nadzwyczajny Komisariat do Spraw Walki z Epidemiami, w lipcu 1919 r. ukazała się zasadnicza ustawa sanitarna. Z połączenia Państwowego Centralnego Zakładu Epidemiologii oraz Państwowego Zakładu Produkcji Szczepionek powstał Państwowy Zakład Higieny.

Gdy lekarzy brak

Zwolennik eugeniki dr Tomasz Janiszewski (1867-1939), minister zdrowia publicznego w rządzie Ignacego Paderewskiego, podkreślał, że tylko zdrowy fizycznie i psychicznie obywatel jest podstawą rozwoju narodu, a nakłady na zdrowie są najlepszą ekonomiczną i społeczną inwestycją dla kraju, gdyż powiększają liczbę sprawnych i zdolnych do pracy obywateli. Podkreślał przy tym, że ochrona zdrowia wymaga ze strony państwa specjalnych wysiłków.

System opieki zdrowotnej był jednak dalece niewystarczający – lekarzy brakowało szczególnie na dalekiej prowincji, dlatego wielu chorych, których nie stać było na luksus skorzystania z pomocy praktykującego prywatnie lekarza, leczyło się u znachorów. W 1921 r. na jednego lekarza przypadało w Polsce 5400 mieszkańców. Po sześciu latach sytuacja nieco poprawiła się – pod opieką jednego lekarza było 3320 osób. W sumie praktykowało 8804 lekarzy, z których ponad 5000 miało status – jak to wtedy określano – „lekarza zależnego” (pracujący w placówkach naukowych, instytucjach państwowych, samorządowych, szkołach, na kolei, w szpitalach oraz w Kasie Chorych). Lekarze zatrudnieni przez regionalne kasy chorych musieli specjalizować się w ginekologii, położnictwie, internie, dermatologii, ortopedii i stomatologii.

Do połowy lat 30. liczba lekarzy podwoiła się – z każdym rokiem chętnych na studia medyczne było coraz więcej, aż przyjęto odgórne limity. Również i tu obowiązywała zasada numerus clausus (10% dla kobiet i 12% kandydatów pochodzenia żydowskiego). Uniwersyteckie wydziały lekarskie znajdowały się w Krakowie, Lwowie, Warszawie, Wilnie i w Poznaniu. Studia trwały pięć lat i jeden kwartał, a za naukę, podobnie jak i za przystąpienie do egzaminów, trzeba było płacić. Umiejętności pielęgniarek od 1919 r. oceniał Korpusu Sióstr Polskiego Czerwonego Krzyża – w przededniu II wojny światowej mieliśmy zaledwie 7 tys. zweryfikowanych pielęgniarek z pełnymi kwalifikacjami.

W czasach II RP zbudowano blisko 700 szpitali, które dysponowały 85 tys. łóżek – dzisiaj wiele szpitali w mniejszych miastach nadal mieści się w przedwojennych budynkach. Na wsiach powstało ok. 500 ośrodków zdrowia, które miały przede wszystkim poprawić niewystarczającą opiekę nad matką i dzieckiem oraz higienę dzieci w wieku szkolnym. Tylko 15% kobiet rodziło w obecności lekarza lub położnej. Akuszerek brakowało zwłaszcza na wsi.

W imię walki z kołtunem

W historii medycyny zapisało się wielu lekarzy praktykujących na ziemiach polskich jeszcze w czasach zaborów. Prof. Józef Dietl (1804-1878), polsko-austriackiego pochodzenia uczony i patriota – rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego i pierwszy prezydent Krakowa – wykreślił z postępowania terapeutycznego stosowane powszechnie od starożytności upuszczanie krwi, udowadniając jego nieskuteczność i szkodliwość dla zdrowia. Był ojcem nowej dziedziny medycyny – balneologii. Sklasyfikował polskie wody lecznicze, jemu swój rozwój zawdzięczają takie uzdrowiska, jak Krynica, Rabka, Iwonicz, Szczawnica czy Żegiestów. To on wreszcie rozprawił się ze słynnym plica polonica, czyli gwoźdźcem, bardziej znajomo zwanym też kołtunem. Przez wieki tłumaczono jego obecność uogólnionym schorzeniem organicznym, dopiero Dietl ponad wszelką wątpliwość wykazał, że kołtun bierze się po prostu z brudu i braku higieny.

Nie sposób nie wspomnieć o wykształconym na niemieckich uniwersytetach, generale brygady Wojska Polskiego prof. Ludwiku Rydygierze (1850-1920), który jako drugi chirurg na świecie dokonał resekcji odźwiernika żołądka, a jako pierwszy opracował dokładną metodykę postępowania w takich przypadkach. Rydygier brał udział w obronie Lwowa w 1918 r. i organizował szpitale wojskowe.

W latach II RP dla rozwoju światowej medycyny zasłużył się m.in. prof. Ludwik Hirszfeld (1884-1954), współorganizator Państwowego Instytutu Higieny. Wprowadzone przez niego oznaczenia grupy krwi A, B, AB i O w 1928 r. zostały uznane przez Komitet Higieny Ligi Narodów za jedynie obowiązujące na całym świecie. Za oznaczenie czynnika Rh i wyjaśnienie konfliktu serologicznego między matką a płodem, co uratowało życie wielu noworodkom, był nominowany w 1950 r. do nagrody Nobla.

Światową sławę zyskał też prof. Rudolf Weigl, twórca szczepionki na tyfus plamisty. Jego prace stały się początkiem wirusologii i utorowały drogę do namnażania wirusów w hodowlach tkankowych. Ponieważ zarazek tyfusu plamistego (Rickettsia prowazekii) jest bakterią, której nie da się hodować na sztucznej pożywce, Weigl wpadł na pomysł, aby jako pożywki dla riktesji użyć naturalnego przenośnika choroby, czyli wszy ludzkiej. W tym celu zaproponował hodowlę wszy zdrowych, żywiących się ludzką krwią, opracował technikę laboratoryjnego zakażania wszy tyfusem plamistym, a na koniec - technologię produkcji szczepionki z jelita zakażonej wszy. Podczas II wojny światowej we wschodniej strefie działań wojennych zaszczepiono blisko 6 mln osób, dzięki czemu była to pierwsza wojna bez epidemii tyfusu plamistego. Niemcy, którzy musieli zaakceptować fakt, że nikt poza Weiglem nie potrafi wyprodukować skutecznej szczepionki, dali mu w praktyce pełną swobodę w doborze pracowników. Zatrudniając karmicieli wszy, kierował się podstawowym kryterium – czy grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony nazistów. Matematycy Lwowskiej Szkoły Matematycznej, m.in. prof. Stefan Banach, Jerzy Albrycht i Władysław Orlicz podczas karmienia wszy prowadzili surrealistyczne dyskusje o granicach matematycznych, elementach teorii topologii i przestrzeni, dzisiaj znanych jako „przestrzenie Banacha". Inna grupa karmicieli z wianuszkami klatek na odsłoniętych łydkach lub udach uprawiała podziemną działalność, przekazując meldunki i rozkazy.

Mniej znana jest postać prof. Walerego Jaworskiego (1849-1924), twórcy podstaw nowoczesnej gastrologii. Jeszcze zanim powstał w Warszawie Instytut Radowy (1932 r.), wykonywał pionierskie próby leczenia nowotworów żołądka, naświetlając zmiany onkologiczne radem, który otrzymał od Marii Skłodowskiej-Curie. Stosował nowoczesne metody diagnostyki, robił np. zdjęcia rentgenowskie z zastosowaniem kontrastu.

Irena Fober

W tekście wykorzystano informacje pochodzące z artykułu Dzieje lecznictwa w Polsce. Medycyna II RP, autorstwa prof. dr hab. Bożeny Heleny Urbanek, www.medycynapolska.eu.

Z pamiętnika wiejskiej lekarki

- Widziałem ją niedawno – chuchro ważące pewno z pięćdziesiąt kilo. Byliśmy w teatrze, poszliśmy na kolację, która dla niej składała się z niesłodzonej herbaty i sucharków. Bo sama jest ciężko chora – tak o dr Zofii Karasiównie pisał Melchior Wańkowicz, najbardziej wzięty i uznany reportażysta II RP, zachwycony talentem wiejskiej lekarki z Suchej, który objawił się w konkursie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych na pamiętnik lekarza „ubezpieczeniowego”. Chodziło o poznanie życia i problemów zawodowych lekarzy dawnych kas chorych, pracujących w Ubezpieczalni Społecznej. 

Więc pani S. rozbiera się do badania. Zdejmuje jedną spódnicę, drugą, trzecią, czwartą. Wszystkie nosi dla ochrony przed zimnem. Za to majtek nie ma. Nie śpieszy się wcale. Co ją to obchodzi, że 39 chorych czeka. Że ci, co dojeżdżają, spóźnią się na pociąg i pójdą pieszo 20 km z gorączką (...) „Nie wiem, czym się zaziębiła, bo już od trzech miesięcy nie mam swojego czasu. Pewnie dlatego, że przeszłam przez wodę” (Przez wodę przechodzą zwykle panny. A po 9 miesiącach jest dziecko. Z wody, nie z czego innego). 
Pani S. ma brzuch ściśnięty brudną szmatą. Żeby się nie „otrzęsła" albo nie „oberwała". Mozoli się długo z węzełkami szmaty. Rozwiązała. Spod szmaty wyskoczyła na mnie duża pchła. Właścicielka pchły siada na stopniu pod krzesłem ginekologicznym.
– Tu do góry mam wyjść – krzyczy – o rety! I tu nogi położyć! Żebym wiedziała, to bym nigdy nie przyszła.
Wyjaśniam jej, że macicy przez gardło badać nie umiem, i układam ją na krześle przemocą, bo broni się jak lew. W tej walce otrzymuję kilka kopniaków. Widzę, że jeszcze naiwna i nieuświadomiona. Matka 6 dzieci.
Stwierdziłam 3-miesięczną ciążę (...).

– Jeszcze proszę mi zęba wyrwać – przypomina sobie pani S. (...) Aha, byłabym zapomniała, mężowi jakieś proszki na ból głowy. A dziecku, co ma dwa lata, lekarstwa na kaszel, młodsze, co ma pół roku, już mi 2 tygodnie czyści.
– Może pani przyjdzie tu jutro z tymi dziećmi, przecież nie mogę nikogo leczyć bez badania –tłumaczę.
– Gdziebym ta mogła przyjechać – konie zajęte, bo orzą, a na rękach tak z daleka dziecka nie przyniosę. Trzeba iść dobre trzy godziny z Krzeszowa i jeszcze bez takie góry (...).

We drzwiach odwraca się jeszcze. – A może by pani dała coś dla krowy. – Krowa nie należy do Kasy Chorych – odpowiadam spokojnie. Jeszcze mnie szlag nie trafił.
Źródło: Gazeta Lekarska „Lekarze II Rzeczpospolitej”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pola Negri (z lewej) wręcza puchar najbardziej zasłużonej pielęgniarce ze szpitala Najświętszej Marii Panny dla kobiet i dzieci.

 

 

 

 

 

 

 

Sanatorium Uniwersytetu Jagiellońskiego dla dzieci chorych na gruźlicę na Bystrem w Zakopanem

 

 

 

 

 

 

 

Klinika Położnicza i Chorób Kobiecych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie

Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

 


 

 

 


 

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl