Jeszcze lekarz czy już komputer?


14-06-2019 18:11:40

Jerzy Orkiszewski, prezes US-Polish Trade Council. Moderator sesji „Inżynieria a medycyna”.

Dwadzieścia, trzydzieści lat temu, gdy projektowałem urządzenie medyczne, cała moja uwaga była skupiona na jego stronie terapeutycznej lub diagnostycznej, dzisiaj natomiast większość czasu spędzam na projektowaniu komputera, który jest wbudowany do urządzenia po to, by mogło się ono przez telefonię komórkową, wi-fi czy bluetooth komunikować z internetem, chmurą, serwerami różnych instytucji.

Od 1989 r., kiedy prosto po studiach doktoranckich na Politechnice Warszawskiej na Wydziale Mechaniki Precyzyjnej w specjalności inżynierii biomedycznej wyjechałem do Doliny Krzemowej, pracuję w firmach zajmujących się konstrukcją, produkcją i sprzedażą laserów. Najpierw przez wiele lat projektowałem lasery stosowane w okulistyce, a teraz głównie skupiam się na laserach w zastosowaniach dermatologicznych i chirurgii kosmetycznej.

Obecnie urządzenia medyczne de facto stały się odpowiednikiem komputera lub telefonu komórkowego, który łączy się z serwerem. I gdyby nie przynosiło to zysków i nie było wymuszane przez konkurencję, nikt by tego nie robił. Dam tu przykład lasera używanego do zabiegów kosmetyczno-chirurgicznych w dermatologii. Urządzenie to nie zbiera imienia, nazwiska i adresu pacjentów, bo są to dane wrażliwe, ale zbiera dane o całej populacji pacjentów, którzy przechodzą dany zabieg, a zatem informacje o ich płci, wieku, wskaźniku BMI, o tym, czy już wcześniej odwiedzali ten gabinet etc. Wszystkie dane są automatycznie wysyłane do serwerów, gdzie są przetwarzane, a właściciel urządzenia dostaje wygenerowany raport, z którego dowiaduje się np., iż pacjentkami jego gabinetu najczęściej są panie z lekką nadwagą w wieku 35-40 lat. Lekarz otrzymuje też rekomendacje, że powinien skupić się na reklamowaniu swojej praktyki wśród osób młodszych, wykorzystując takie kanały, jak Twitter, Facebook czy Instagram. Warto zauważyć, że dostęp do danych i możliwość ich wykorzystywania są bardzo cenione w Stanach Zjednoczonych i bardzo niechętnie widziane w Europie, gdzie panuje duża nieufność do tego typu technologii i większość urządzeń w ogóle nie zostaje podłączona do internetu, również z powodu przekonania, że ktoś mógłby podsłuchiwać, o czym mówi się w gabinecie.

Oczywiście urządzenie medyczne nadal musi spełniać swoją diagnostyczną czy terapeutyczną rolę, lecz przede wszystkim trzeba je sprzedać z zyskiem, dlatego urządzenia te zaczynają być coraz bardziej komputerami i coraz mniej sprzętem medycznym.

Dzisiaj za pomocą iPhone albo telefonu z systemem Android można zrobić EKG, zmierzyć ciśnienie, tętno i przesłać zapis sygnału do lekarza. Podłączając do telefonu małe urządzenie dopplerowskie, pacjent może sam sobie zmierzyć przepływ krwi w opuchniętej kończynie. Większość danych do postawienia diagnozy może być więc przekazana do lekarza zdalnie. Mój znajomy, który miał praktykę internistyczną w Kalifornii, przeniósł się niedawno na Florydę i w zasadzie, mimo iż dzieli ich teraz 5000 km, nie stracił większości swoich pacjentów.

Telemetria dramatycznie zmienia praktykę medyczną, dając możliwość uzyskiwania danych na temat funkcji fizjologicznych pacjenta na odległość. Lekarz może już wręcz nie potrzebować gabinetu z pielęgniarkami i recepcją. Oczywiście jest to bardzo atrakcyjne, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie z jednej strony medycyna jest wiodąca, jeśli chodzi o postępy w terapii, ale zarazem bardzo nastawiona na cięcie kosztów. Stąd – i tego już się nie zmieni i nie zatrzyma – kontakt lekarza z pacjentem coraz częściej jest zastępowany przez kontakt urządzenia z pacjentem. Medycyna idzie w tym kierunku i my, producenci sprzętu medycznego, się do tego przyczyniamy. Jest to negatywne zjawisko, które widzę ze szczególną ostrością, niejako z dwóch stron barykady: sam projektuję sprzęt medyczny, lecz cała moja rodzina to praktykujący lekarze.

Zaczyna brakować bezpośredniego kontaktu – nie tylko rozmowy z pacjentem, ale też możliwości obserwowania jego zachowania, dotknięcia go, wyczucia zmian, wszystkiego, czego ludzie uczą się na studiach medycznych, a co daje im kompleksowy obraz pacjenta, do czego nie wystarczą wyłącznie dane fizjologiczne.

Ponieważ wszystko jest skomputeryzowane, istnieje również duże niebezpieczeństwo przełamania zabezpieczeń i włamania się do systemu, przejęcia kontroli nad urządzeniami. Są to w końcu takie same komputery, jak każde inne, takie same technologie informatyczne używane są w sprzęcie medycznym, zatem jeśli można wkraść się do banku i przejąć numery kart kredytowych, można również wyłączyć pompę podczas dializy czy przeprogramować rozrusznik serca, doprowadzając do śmierci pacjenta.

Ponieważ chirurgia zaczyna w dużej mierze opierać się o roboty, pojawia się możliwość przejęcia kontroli nad operacją. Ryzyko przechwycenia sprzętu medycznego i spowodowania olbrzymich szkód jest bardzo duże. I takie ataki w celu wymuszenia okupu niestety się zdarzają, choć z wiadomych względów nie są nagłaśniane. W skali światowej nie ma standardów zabezpieczeń ani technicznych metod, które by zagwarantowały, że do takich incydentów nie dojdzie. I nie jest też tak, że problem ten nie dotyczy jeszcze takiego kraju, jak Polska, bo używa się tutaj podobnego sprzętu. Może jest go mniej, ale ryzyko jest takie samo.

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl