Wątpię więc jestem. Pochwała plusów ujemnych


20-07-2019 16:35:21

Wśród tego, co nam po upadku komunizmu przyrosło, jedno z czołowych miejsc zajmują święta. Nie wszystkie wprawdzie upoważniają do powstrzymania się od pracy, ale wszystkie stanowią dobrą okazję, by obcym nawrzucać, a swoich odznaczyć. Przy czym, zgodnie z odwiecznym prawem historii, im dalej od dni zmagań i chwały, tym więcej bohaterów. Na fakt, że czyny chwalebne rosną z czasem niczym ogórki, zwrócił mi kiedyś uwagę Antoni Zagórski, konstruktor lotniczy i żołnierz m.in. w kampanii francuskiej. „Pamiętam, że głównie uciekaliśmy i dopiero po latach otrzymałem, wraz z wysokim odznaczeniem francuskim, szczegółową listę bohaterskich czynów, jakich dokonałem na polu chwały” – wspominał. Być może dlatego największy grad orderów sypie się po latach, gdy pamięć już nie ta.

Sam byłem świadkiem dwóch przypadków odmowy przyjęcia odznaczeń i to najwyższej rangi, ale oba zdarzyły się na początku przemian. Przyjęcia Orderu Orła Białego odmówił Jerzy Giedroyć, którym zamierzał go uhonorować prezydent Lach Wałęsa (odpowiedź była taka, że ma jeszcze sprzed wojny medal zasłużonego pocztowca i to mu wystarczy.) Również wdowa po śp. Witoldzie Lutosławskim podziękowała za równie wysokie odznaczenie proponowane mężowi pośmiertnie przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, uzasadniając tym odmowę, że zmarły małżonek jako muzyk miał na fałsz ucho szczególnie wrażliwe. Dziś o takich przypadkach nie słychać i chyba się raczej nie zdarzają, czemu zresztą sprzyja klimat panujący w kombatanckim środowisku, który by można wyrazić słowami starej piosenki podrostków: „tamci już wzięli, a my jeszcze nie...” Jest to zresztą coraz mniej uzasadnione, ponieważ rządziły w istocie wszystkie opcje opozycji z czasów PRL i wszyscy mieli szansę, aby swoje wziąć.

Problemem staje się raczej pogłębiający deficyt zasłużonych piersi, które dekorować wypada tradycyjnie w świąteczny dzień, aby był dostatecznie uroczysty, z godną na miarę czynów oprawą. Idąc tropem rozważań, kogo by jeszcze..., kogo by jeszcze..., łatwo wdepnąć w trącącą rewizjonizmem sferę wątpliwości, kto realnie najbardziej osłabił komunę. Czy pan Jasio, co kolportował bibułę, czy Krzysio, który stawiał krzywe ściany; pani Kasia, co szmuglowała ryzy papieru; czy pani Zosia, co w barze mlecznym robiła takie sałatki, że po zjedzeniu klient bynajmniej nie miał nieba w gębie, tylko piekło w spodniach.

W istocie nie ma tu nic z rewizjonizmu, nic, co by umniejszało kombatanckie zasługi – chodzi po prostu o typowe mieszanie zamiarów i skutków. Pan Jasio jest plus dodatni, podobnie jak pani Kasia, bo walczyli otwarcie w słuszniej sprawie i należy się im wdzięczność, nawet jeśli odbijanych na powielaczu dyrdymałów nikt, prócz nich samych, nie czytał. Pan Krzysio z kolei z panią Zosią, jako te plusy ujemne, słusznie pozostają w cieniu zapomnienia z uwagi na mało chwalebne ich działań zamiary, choć skutki dla komuny były niewątpliwie przykre.

Jeśli wracam do tamtych spraw, to nie po to, by bełtać w historii, ale dlatego, że dziś nadal mieszanie zamiarów i skutków idzie na pełnym gazie. Postęp nie robi się dziś na powielaczu, ale na platformie w marszu równości i tolerancji. Mądrość równa piękności, jaka się stamtąd rozlewa, jest przysłowiową wodą na młyn tzw. „PiS-owskiego wstecznictwa”. Chciałoby się prezydentowi Trzaskowskiemu, który w pierwszym szeregu świeci własnym przykładem, przypomnieć za mistrzem Sempolińskim: „Ach Tomasz... to co masz, powinien mieć twój wróg.” Podobnie europejskim siłom postępu skoncentrowanym w TVN należałoby dyskretnie zasugerować, by nie niszczyły PiS-u ustami wysłużonych kadr (Kamińskiego, Olechowskiego, Marcinkiewicza...), bo nigdy nie wygra Platforma. A pozwolić niech się swobodnie wypowie Antoni Macierewicz, zaprosić ministra Błaszczaka, dać głos Jackowi Kurskiemu – najwybitniejszemu prezesowi od czasów Macieja Szczepańskiego... Oni się sami powodzeniem zadławią i postęp spłynie na kraj bez obcej pomocy.

hen

16-17
Aktualny numer WSZYSTKIE
eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl