Wątpię więc jestem. Tylko stolarzy brak


31-08-2019 20:21:49

Obchody 80. rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej zaczęły się od falstartu, a to za sprawą wiceprezydenta Gdańska, który wychodząc od biblijnego: „na początku było słowo”, a kończąc na modnym współcześnie języku nienawiści wykoncypował, że z tego właśnie wylęgła się wojna. Pogląd wcale nie obrazoburczy, jeśli się zważy, że na podobny złapały się wcześniej głowy większe od pana wiceprezydentowej, np. Neville Chamberlaina. W polityczno-historycznych kręgach jednak zawrzało, co o tyle nie powinno dziwić, że dziś wrze na każde niemal hasło.

Nie zamierzam się oczywiście mieszać w spory fachowców, ale pozwolę sobie przywołać opinię naocznego świadka tamtych wydarzeń, ówczesnego włoskiego ministra spraw zagranicznych hr. Galeazzo Ciano, który w swoich pamiętnikach tak opisuje rozmowę z Ribbentropem z dnia 11 sierpnia 1939 r.: „Przechadzaliśmy się we dwóch po ogrodzie. – Czegóż wreszcie pan żąda, panie Ribbentrop? – zapytałem. – Gdańska czy korytarza? – Dużo więcej – odrzekł, uderzając we mnie swym spojrzeniem zimnym, jak wzrok lalek w muzeum Grevin. – Chcemy wojny!” To parcie nietrudno wytłumaczyć, jeśli się weźmie pod uwagę tzw. całokształt omawianych wydarzeń.

Adolf Hitler uwierzył w swój geniusz – uważał się za dar, jaki natura zesłała narodowi niemieckiemu i śpieszył, aby zdążyć powierzoną misję wypełnić. Gdańsk, korytarz to były drobiazgi – misja obejmowała cele o wiele rozleglejsze. Wiary w swój geniusz nie utracił do końca, nawet gdy się zaczęło tęgie lanie. Winą za niepowodzenia obarczał narzędzie, czyli naród niemiecki, który się nie sprawdził. Do końca nie miał dla niego litości, dla generałów szacunku, dla buntowników kary wystarczająco surowej. Tych, którzy w jego geniusz zwątpili, którzy próbowali przed nim ratować resztki narodowej substancji, wieszał na hakach, fortepianowych strunach... Był drugim, obok Stalina, historycznym wynaturzeniem na tak gigantyczną skalę, co powinno być wieczną dla ludzkości przestrogą.

Dlatego, mimo uznania dla błyskotliwości umysłu Janusza Korwina- Mikke, nie podzielam jego, ostentacyjnie demonstrowanej, niechęci do demokracji. Demokracja chroni przed geniuszowską patologią, a daje szanse geniuszowskiej drobnicy, z którą w mikroskali mieliśmy i mamy do czynienia nieustannie. I to w istocie jest tego felietonu osnową – rola takiej właśnie drobnicy, która się kłębi wokół nas. Naszych współbraci, równych gości, kochane mordy..., którym niekiedy przechodzi do głowy myśl taka, że niestety – o kurczę – mam talent! Za nią często się zjawia pragnienie, by go zrealizować na szerszym polu, zrobić coś większego dla społeczeństwa. Problem na ogół zaczyna się od wyboru: co zrobić?. Nie ma sprawy, gdy talent został przez naturę określony, gdy człowiekowi dobrze wychodzi dłubanie w drewnie, ugniatanie gliny czy hodowla albo uprawa. Gorzej, jeśli np. czuje w sobie artystyczną wenę, a z nią jedynie potrzebę dofinansowania ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

W warunkach rozwiniętej, a zarazem głęboko liberalnej demokracji, istnieją szerokie i najrozmaitsze pola, na których człowiek się może samorealizować. Nawet kompletny matematyczny matoł, co nie jest w stanie przeczołgać się przez maturę, nawet człowiek tak prosty, jak postać z monologu Jana Kobuszewskiego – co potrafi jedynie: robić małpę, robić świnię, robić osła – może coś znaleźć dla siebie. Miejsce, w którym jest w stanie robić coś większego. Jeśli nie dla konkretnych ludzi, to dla wspólnego dobra i postępu. Jak wielu się dziś przewija uzdolnionych przez korytarze władzy, telewizyjne studia, wiecowe platformy i mównice; jak wiele udało się im i z nimi zrobić. Choćby np. dla równości płci – dla kobiet i mężczyzn, których dziś w istocie dzieli już tylko WC. Jak bardzo zrównały się serca, umysły i te inne rzeczy, jak krzepko trzyma się dłoni sztandar równości i tolerancji. Dziś każdy może być kim chce, nawet geniuszem…

Jedynie o stolarzy dobrych trudno.

hen

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl