Wątpię więc jestem. Gry marchewkowe


04-10-2019 23:33:18

Wyjątkowo aktualnie brzmią tej jesieni stare szlagiery: a mnie jest szkoda lata... czy adijo pomidory..., choć pomidory traktować należy raczej symbolicznie, w istocie bowiem bardziej chodzi o marchewkę. Marchewkę, którą tego wyborczego lata obficie zarzucali nas i rządzący, i opozycja o rządy dopiero zabiegająca. Przyjemnie było słuchać tego koncertu dobroci, licytacji obietnic: a my wam 500 plus; a my damy sześćset..., puścimy autobus, przekopiemy mierzeję..., uwolnimy miłość z okowów płci... Nawet fachowcy od pogody nie oparli się presji i choć susza wysysała bezlitośnie wilgoć z każdego źdźbła, z każdego grama ściółki, to stacje telewizyjne prześcigały się w krzepiących serce zapowiedziach: przelotne opady..., lokalnie burze miejscami z gradem. Szkoda więc tego lata, tych obietnic i zapowiedzi, które – jak finał dobrej komedii – bezlitośnie ucięły wybory. Można się zatem spodziewać, że po takiej porcji marchewki nieuchronnie nadejść musi czas kija. Osobiście uważam to za naturalną kolej rzeczy, operację logiczną i pożądaną. O ile bowiem marchewka była potrzebna, by ludziom się żyło dostatniej, to kij jest nieodzowny, by Polska rosła w siłę. To, że w trakcie transformacji zlekceważono jego znaczenie, co doprowadziło do sytuacji, że państwo stało się w istocie teoretyczne (ch..., d... i kamieni kupa), zauważył i pierwszy powiedział głośno (choć w restauracji) Bartłomiej Sienkiewicz, wysoki funkcjonariusz w rządzie „naszych poprzedników”.

PRL przez swoją wszechobecność, a zarazem impotencję, tak skompromitowała same instytucje państwa, że w nowym modelu ustrojowym nie bardzo wiadomo było, czym ono ma być. Rządzić miała niewidzialna ręka rynku, spory rozstrzygać prawo..., dla państwa pozostawała w istocie rola nocnego stróża. Po drugiej stronie był tymczasem naród, „spuszczony ze smyczy przedsiębiorczości”. Naród, który w PRL mógł się realizować co najwyżej w wynalazczości i racjonalizacji, zagrożony paragrafem za zbytnią aktywność na niwie działalności gospodarczej (głośny był np. wyrok na niejakiego Władysława S. który „wspólnie i w porozumieniu żebrał na Górze Kalwarii”), miał teraz przed sobą „wszystko dozwolone, co nie jest prawem zabronione”. To „wilczkowe otwarcie” do dziś wspominane z nostalgią, w istocie stało się – może nawet wbrew intencji autora – wstępem do „wielkiej rabacji”.

Prawo było z innej epoki, takież nawyki, umiejętności, elity... Ze zrozumieniem przyjmowano prawdy w rodzaju tej, że pierwszy milion trzeba ukraść... Przedsiębiorczość, która, ze zrozumiałych względów, pole miała ograniczone (wolność nie pierwszy raz pokazała, że szuflady są puste). Z czym nasz przedsiębiorca miał iść na rynki, skoro w wolnym świecie wszystko już wymyślono? Szanse na to, by w sferze produkcji rzucić światu skutecznie wyzwanie były znikome, przedsiębiorczość szła więc w tzw. określonym kierunku. Pierwszymi rekinami finansjery stali się cinkciarze, gwiazdami biznesu – Bagsik, Gąsiorowski, Gawronik..., ci z Pruszkowa, z Wołomina... Nieustające dalsze doskonalenie prawa przybierające postać „biegunki legislacyjnej” niewiele poprawiało sytuację, bo ani nie służyło państwu, ani uczciwemu biznesowi, a co najwyżej prawnikom. W ten sposób doszliśmy do momentu wspomnianego odkrycia dokonanego przez ministra Sienkiewicza. Można się dziwić władzom Platformy Obywatelskiej, że w ostatniej kampanii wyborczej do Sejmu nie wykorzystała tego odkrycia, lecz dała się wciągnąć Prawu i Sprawiedliwości w „marchewkowe gry”. Nawet gdyby była w stanie przelicytować konkurenta, o zwycięstwo będzie trudno – programu nie da się uwolnić od piętna podróby. Na szczęście czas gadania mamy już prawie poza sobą, podobnie jak czas marchewki. Jest nadzieja, że przyjdzie owocny czas kija i Polska zacznie w tempie przyspieszonym rosnąć w siłę. Jak dobrze pójdzie, za kilka lat będziemy w stanie nie tylko zadziwić Europę wystrojem defiladowych kolumn, Amerykę wielkością zakupów uzbrojenia, ale i w kraju dokonać rzeczy godnych wielkiego i dumnego narodu, sprawić na przykład, że przestaną płonąć wysypiska.

hen

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl