Cena inżyniera


11-11-2019 18:08:13

Z prof. dr hab. Henrykiem Domańskim z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk rozmawia Irena Fober.

- Co możemy powiedzieć na temat pozycji inżynierów w II RP? Czy wyróżniali się czymś szczególnym na tle całej inteligencji?

- Nie prowadzono wówczas badań nad prestiżem poszczególnych zawodów, nie dysponujemy zatem skalą porównawczą. W pewnym sensie zajmował się tym statystyk Rajmund Buławski. Próbował on odtworzyć hierarchię prestiżu, na której szczycie – i to jest dość ciekawe – byli ludzie najzamożniejsi, arystokracja. Inteligencja natomiast, w tym również inżynierowie, lokowali się niżej. W ocenie społecznej inżynier znajdował się zdecydowanie powyżej środka hierarchii. Inteligencję, podobnie jak dzisiaj klasę średnią, w 20-leciu międzywojennym traktowano jako jedną z sił napędowych dynamiki społecznej. Aczkolwiek przypisywanie roli to jedno, a rzeczywiste oddziaływanie na społeczeństwo, to drugie, można jednak przyjąć, że inżynierowie, postrzegani jako główny czynnik rozwoju gospodarczego, wywiązywali się z przypisanych im zadań. To byli wykwalifikowani specjaliści o określonych kompetencjach, a te rzeczy zaczęto coraz bardziej cenić. Znaczenie kompetencji i wykształcenia zaczęło się liczyć w miarę rozwoju społeczeństwa przemysłowego, a Polska zaczęła się nim stawać dopiero w drugiej połowie XIX w.

Rola inżynierów wzmocniła się latach 20. i 30. ub. w., choć – jak już o tym mówiłem – trudno o wymierne wskaźniki. Na pewno lokowali się w górnej połowie hierarchii i byli traktowani jako jedna z głównych części składowych inteligencji. Inteligencję zaś ceniono wysoko, bo inteligentów było stosunkowo mało, a jeżeli jakaś kategoria jest funkcjonalna, ale mało liczna  i dysponuje wysokimi zasobami, wzmacnia to jej cenę rynkową. Inżynierowie posiadali taki kapitał. Mieli wyższe, specjalistyczne wykształcenie, które nie było łatwo wówczas uzyskać, w związku z czym cieszyli się odpowiednio wysokim prestiżem. Wystarczy popatrzeć na biografie zawodowe polityków z tego okresu.

- Inżynierowie chętnie przyjmowali odpowiedzialność za sprawy publiczne i państwowe. Powierzano im teki ministerialne, prezydenci Gabriel Narutowicz i Ignacy Mościcki, to byli przecież znakomici inżynierowie.

- Inżynierowie mieli siłę, reprezentowali te role zawodowe, w które trzeba było inwestować, a jak ktoś ma środki  finansowe, ma też władzę. Inżynierowie, obok prawników, dominowali jako zaplecze rekrutacyjne do polityki. Często swój kapitał przynosili z całej Europy, gdzie w czasie zaborów odbierali wykształcenie techniczne i zaczynali swoją karierę zawodową. Wykwalifikowani specjaliści, którzy robią coś konkretnego, są czynnikiem rozwoju To, połączone z ówczesną rzadkością tego zawodu i wysiłkiem, jaki trzeba włożyć, żeby zostać inżynierem, w naturalny sposób musiało być cenione i podnosiło ich estymę społeczną. Zresztą obecnie też sporo polityków ma tytuł inżyniera.

- Za wielkimi projektami II RP, jak port w Gdyni czy Centralny Okręg Przemysłowy, stał autorytet inżyniera. Dzisiaj inwestycje takie, jak Centralny Port Komunikacyjny lub przekop Mierzei Wiślanej, przedstawiane są raczej jako wizje polityków i ekonomistów.

- Wtedy kapitał techniczny rzeczywiście był bardziej eksponowany. Obecnie inżynierowie nie są postrzegani jako ośrodek kreatywności, ich prestiż trochę obniżył się po zmianie ustroju i na plan pierwszy wysunął się kapitał ekonomiczny.

- Wróćmy jednak do II RP. Studia inżynierskie były postrzegane jako bardzo atrakcyjne, gwarantujące prestiż, dobrą płacę. Ale czy były dostępne dla zdolnych młodych ludzi nie zależnie od ich pochodzenia?

- Nigdy nie były dostępne dla każdego. Zajmuję się badaniami nad stratyfikacją społeczną i mechanizmami rekrutacji do ról zawodowych, które utrwalają nierówności. Wtedy nie prowadzono takich badań, ale z pewnością inżynierowie byli nadreprezentowani wśród osób o pochodzeniu inteligenckim, które mogły sobie pozwolić na sfinansowanie studiów. Jeżeli przed wojną odsetek ludzi z wyższym wykształceniem kształtował się w granicach 3% (obecnie 22%), to nie mogli się oni rekrutować w równym stopniu z klasy chłopskiej, robotniczej i inteligenckiej. To jest oczywiste. Tak było zawsze i we wszystkich społeczeństwach. Pod koniec okresu międzywojennego w Polsce było zapewne ok. 100 tys. osób z wyższym wykształceniem, a inżynierowie i kadra przemysłowa w ogóle, a także ekonomiści stali się najliczniejszym działem inteligencji. Liczba inżynierów zwiększyła się w tym okresie kilkunastokrotnie, zaś np. nauczycieli tylko kilkukrotnie.

- Jakie były zarobki inżynierów?

- Nie da się tego ocenić, ponieważ nie prowadzono wtedy statystyk dotyczących poziomu zarobków w poszczególnych kategoriach zawodowych. Nie sądzę jednak, aby przedstawiało się to inaczej niż teraz – pod względem zarobków inżynierowie, tak jak wszystkie kategorie specjalistów pracujących w gospodarce, zawsze lokują się stosunkowo wysoko.

- Czy wykształcił się wówczas etos inżynierski, różniący się od etosu inteligenckiego?

- Etos jest raczej hasłem i symbolem, kojarzy się z pewnym systemem wartości, wzorami do naśladowania, które są pożądane i powinny być przejmowane przez innych, świadczącym o statusie i odrębności, pewnej ekskluzywności. Tymczasem inżynierowie nie są taką zamkniętą kategorią korporacyjną, do której zalicza się na całym świecie prawników lub lekarzy. Sytuacja inżynierów jest też o tyle odmienna, że są różne branże inżynierskie, z których jedne obdarzane są wyższym prestiżem, a inne lokowane są niżej. W takiej sytuacji trudno mówić o etosie kadry inżynierskiej w ogóle, byłyby to więc raczej etosy poszczególnych zawodów inżynierskich. W każdym razie, gdy przeglądamy rozmaite badania historyków tego okresu, nigdzie nie znajdziemy pojęcia „etosu inżynierskiego”. Funkcjonuje pojęcie etosu inteligenckiego, inżynierowie zaś są elementem tego etosu, bo w zasadzie nigdy im nie zależało ma podkreślaniu swojej ekskluzywności, wręcz przeciwnie – mieli być otwarci na dopływ z zewnątrz.

- Co możemy powiedzieć o prestiżu zawodu inżyniera dzisiaj?

- W badaniach z 1987 r. zajmował on 4.-5. miejsce, natomiast w badaniach z 2010 r. lokował się w okolicach 5.-8. pozycji. Ale to nie jest wina inżyniera, gdyż to nie jego prestiż się obniżył, lecz ludzie po prostu dostrzegają hierarchię prestiżu jako coraz bardziej spłaszczoną.

- A prognozy w kontekście 4. rewolucji przemysłowej?

- Są na ten temat dwie teorie. Jedna, nawiązująca do inflacji poziomu wykształcenia, mówi o rozmywaniu się prestiżu i znaczenia ludzi z wyższym wykształceniem, w tym również inżynierów, ponieważ jest ich coraz więcej, natomiast pozycji do obsadzenia nie przybywa. Natomiast drugie podejście mówi o zwiększającej się roli merytokracji, czyli wynagradzania za wysoko wyspecjalizowane usługi. W związku ze wzrostem zapotrzebowania na rozwój rozmaitych technologii, w wielu badaniach empirycznych inżynierów postrzega się jako kategorię, która zyskuje w hierarchii prestiżu. Ogólnie można stwierdzić, że mamy do czynienia z awansem zawodów, które są związane z nowymi technologiami, w literaturze anglosaskiej określanych jako STEM (Science, Technology, Engineering, Mathematics­ – red.)

- Widać to chociażby po coraz większej liczbie kandydatów na studia inżynierskie. Młodych ludzi na politechniki przyciąga pewność pracy i stosunkowo wysokie zarobki już na starcie. Czy gdyby o prestiżu świadczyły zarobki, to można by mówić, że prestiż inżyniera wzrasta?

- Prestiż nie jest związany z wysokimi zarobkami, gdyby tak było, wielki biznes lokowałby się na szczycie hierarchii prestiżu, a tymczasem jest dopiero gdzieś w drugiej dziesiątce. Władza i wykształcenie dają prestiż w Polsce, zarobki też, ale słabiej. Wysiłek, trud, kwalifikacje, zdolności, talent, to jest czynnik prestiżu, to ludzie cenią.

- Dziękuję za rozmowę.

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl