Co pijano w Polsce przed 100 laty?


12-11-2019 17:18:48

Czym zajmowały się polskie elity na początku XX wieku? Oczywiście, walką o niepodległość Ojczyzny. Kiedy jednak tę niepodległość udało się 100 lat temu uzyskać, przyszedł czas na świętowanie – a to bez alkoholu byłoby mniej radosne.

Co pijano podówczas? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba cofnąć się odrobinę do czasu zaborów. Otóż, każdy z trzech zaborców Polski był krajem produkującym wino i dostarczał swoje wina do swojego zaboru bez cła – tzn. dość tanio. Tak oto do Wielkopolski trafiały wina reńskie i mozelskie, do Galicji – austriackie i węgierskie, a do zaboru rosyjskiego – krymskie i kaukaskie. Zaopatrzenie w dobre i tanie wina zagraniczne w dużym wyborze skutecznie hamowało rozwój winnic na terenie Polski, bo nie wytrzymywały one konkurencji ekonomicznej z tymi z zagranicy.

I w takiej oto sytuacji zawitała do Polski niepodległość. Trudno przecenić to, co dała Polakom, ale równocześnie odcięła kraj od żródeł dobrych i tanich win gronowych, a także od surowca do ich produkcji. Dla elit wystarczał mikroskopijny import po zbójeckich cenach, ale czym miał świętować niepodległość masowy konsument? Znaleziono coś i dla niego, stosując pewien "myk" prawny. Przyjęto mianowicie obowiązujące wcześniej w zaborze rosyjskim prawo, pozwalające na nazywanie winem również win owocowych – a już owoców do fermentacji i  wytwarzania takich "win" było w Polsce w bród.

Żeby zintensyfikować produkcję tanich win owocowych, wprowadzono dla nich również preferencje podatkowe, po kilku przymiarkach ustalając dla win gronowych stawkę 90 gr za litr, a dla owocowych tylko 20 gr. W efekcie rozwój winnic został praktycznie zatrzymany, natomiast nastąpił znaczący rozwój produkcji win owocowych, czemu towarzyszyła odczuwalna poprawa ich jakości. Doszło do tego, że wina owocowe zaczęto pić w Polsce nie jako substytut wina gronowego, a jako jego poważną konkurencję.

Polacy pamiętali jednak jeszcze z czasów zaborów nazwy różnych rodzajów i typów win gronowych, więc powoli zaczęto obdarzać tymi nazwami również wina owocowe, nieco dopasowując ich charakter do nazw. I tak np. spragnieni mogli sięgnąć po "Malagę Krajową", "Portwejn" czy "Tokaj deserowy" od Makowskiego, a konsumenci będący bardziej w pretensjach – po owocowe "Chateau de Vinops" od Kantorowicza czy "La Perle des Beskide" lub "Vin Dessert des Fruits" z wytwórni Jenknera pod Bielskiem. Powszechne wykorzystywanie skojarzeń tych nazw z Francją było raczej zabiegiem marketingowym niż oszustwem, ale niewprawnych musiało wprowadzać w błąd.

Polskie jabłeczniaki, porzeczniaki i maliniaki (bo głównie z takich owoców wytwarzano krajowe wina owocowe) z czasem zaczęły zdobywać powodzenie. Ich wystawa, zorganizowana w 1925 r. w Warszawie przez Towarzystwo Ogrodnicze, została zauważona również za granicą.

Polski przemysł produkcji win owocowych rozwijał się w międzyczasie bardzo dynamicznie. Pod koniec lat 20. ubiegłego wieku wytwarzaliśmy rocznie ok. 5 mln litrów tych trunków, przy czym prym wiodła Kujawska Wytwórnia Win H. Makowski w Kruszwicy. W jej ofercie znajdowały się m.in. takie rarytasy, jak: "Złota Reneta" (białe wytrawne, półwytrawne i słodkie), "Czerwone Mocne", "Vermouth", deserowy jabłecznik "Kruszwica" i miód pitny trójniak "Piast", a także "owocowy szampan" pod nazwą "Reine des Reinettes". Tak na marginesie, nie był to jedyny musujący "wynalazek" produkowany podówczas w kraju; musiaka o nazwie "Foucault" wytwarzała również poznańska firma M.K. Szafrański.

Te wina pijano powszechnie, co nie znaczy, że nie pito w ogóle niczego innego. Swoją pozycję utrzymały wódka i piwo, chociaż "eleganckie towarzystwo" silnie ograniczyło ich konsumpcję. Wiele obyczajów ściągano przy tym z Zachodu; jednym z nich było picie podczas bali i rautów napojów orzeźwiających na bazie wina gronowego. Najpopularniejszymi z nich były: kaliszan, mazagran, poncz i kruszon.

Kaliszan otrzymywano poprzez zmieszanie piwa z francuskim winem gronowym; dosmaczano go sokiem cytrynowym i cukrem, a czasami zagęszczano chlebem (dziś aż dreszcze przechodzą człowieka na samą myśl, ale wtedy – bycie modnym wymagało ofiar!). Mazagran powstawał w wyniku zalania pokruszonego lodu w wysokiej szklance osłodzoną, schłodzoną kawą, a następnie dopełnienia całości koniakiem lub ciemnym rumem.

Poncz serwowano w dwóch wersjach: jako zwykły lub rzymski. Bardziej elegancka (ale i pracochłonna) była ta druga, więc skupię się na niej. Uzyskanie takiego ponczu wymagało zmieszania gałki lodów cytrusowych z koniakiem lub rumem i dopełnienie mieszanki szampanem, a pito go wyłącznie w płaskich kieliszkach do szampana.

I wreszcie kruszon, będący połączeniem świeżych owoców, białego wina oraz koniaku. Tajemnicą dobrego kruszonu było przygotowanie na kilka godzin przed podaniem – tak, by owoce pocięte w plasterki zdążyły oddać swój smak pozostałym składnikom. Niektórzy do przygotowywanego ponczu dodawali również soki i cukier. Zawartość wina zależała od rodzaju imprezy, na którą kruszon szykowano. Towarzystwo dorosłych mogło sobie pozwolić na więcej, chociaż panował pod tym względem ostro przestrzegany savoir-vivre.

Pić (nie tylko kruszon) było wolno, ale z umiarem. Jeśli było się kobietą, wypadało raczej markować picie niż pić. Kobietom też nie wypadało sobie nalewać, prosić o dolewkę ani wznosić toastów. Większe przewinienia pod wpływem alkoholu lub samo bycie pijanym w towarzystwie stanowiły ujmę na honorze – tak dla kobiety, jak i mężczyzny. Nie wypadało również przebywać w towarzystwie ludzi pijanych – ich towarzystwo po prostu się opuszczało.

I tak doszedłem do głównej konkluzji – w dniach odzyskania przez Polskę niepodległości ludzie z pewnością pili alkohol – ale bardziej wiemy dziś, jak to czynili, niż co mieli w kieliszkach. Zaczekajmy, co napiszą o nas za kolejne 100 lat! Mam nadzieję, że wspomną o znakomitych polskich winach gronowych, które ostatnimi czasy zaczęły skutecznie konkurować z importowanymi. Na zdrowie!

winny maniak

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl