Mamy ludzi uzdolnionych


09-03-2020 17:57:18

Z inż. Krzysztofem Grządzielem, prezesem Zarządu Guala Closures DGS Poland SA we Włocławku, rozmawia Henryk Piekut.

- Niewątpliwie jest pan człowiekiem sukcesu. Startował pan w biznesie praktycznie od zera w latach 90. ubiegłego stulecia, a obecnie uchodzi pan za jednego z najzamożniejszych Polaków we Włocławku i okolicy, a i w całym kraju jest pan wysoko notowany. Jaka jest pana krótka recepta na sukces?

- Uważam, że każda firma, która jest w stanie szybko reagować na potrzeby klienta, może odnieść sukces. Podejmując się produkcji zakrywek do napojów, których brakowało na rynku, rzeczywiście odnieśliśmy sukces. Firmę DGS zakładaliśmy prawie 30 lat temu, gdy na rynku brakowało wielu produktów, albo nie spełniały one kryteriów jakościowych. My –szanując wymogi klientów – od samego początku postawiliśmy na jakość.

- Z internetowych informacji wynika, że firma jest nie tylko liderem w dostawie zakrywek do napojów, ale konstruuje też maszyny do ich produkcji. Czy to była konieczność? Przecież coś na rynku było…

- Było, ale zazwyczaj drogie, a ponadto nie zawsze odpowiadało naszym wymaganiom. Na szczęście w gronie założycieli były osoby uzdolnione technicznie, a ponadto z istotnym doświadczeniem w produkcji. Jednym z nich był Janusz Derlak, który wcześniej miał własny warsztat, w którym produkował części do silników, m.in. przerywacze do takich marek jak Fiat, Łada czy Skoda, więc nie baliśmy się nowych wyzwań.

Na początku były to skuteczne remonty używanych maszyn importowanych głównie z Holandii, z czasem podejmowaliśmy się produkcji najpierw stosunkowo prostych (np. podajniki), a potem bardziej skomplikowanych podzespołów i całych maszyn (np. maszyna do bocznego druku). Dość szybko narodziła się myśli, aby pewne maszyny budować u siebie. Nie chodziło tylko o to, żeby było taniej, ale m.in. z tego powodu, że na te produkowane na zachodzie trzeba było długo czekać, a nasi klienci ponaglali. To była praca bez liczenia nadgodzin, ale na efekty nie trzeba było długo czekać. Już po 3 latach liczyliśmy się na rynku, a po 5 byliśmy firmą porównywalną z ówczesnym polskim potentatem z Zawiercia. Duża produkcja przynosiła korzyści i pozwalała nam na zakupy bardziej skomplikowanych maszyn i szybkie wprowadzanie nowości. Dlatego po 6-7 latach byliśmy liderem nie tylko na rynku polskim, ale na terenie całej Europy środkowej i wschodniej.

- Których specjalistów pomoc była najcenniejsza?

- Nie dokonywałbym takich podziałów. Wszyscy byli cenni. Zarówno automatyk, jak i tokarz czy elektryk. To nie były duże zespoły, liczyły po kilka osób, a nie kilkadziesiąt – jak w wielu firmach czy instytutach. Jednak były to osoby o dużym doświadczeniu zawodowym, uzdolnione technicznie zaangażowane w swoją pracę.

- Zapewne zdarzały się trudne sytuacje. Gdzie szukaliście pomocy merytorycznej, gdy coś nie udawało się?

- Zazwyczaj poza granicami kraju – najczęściej w Holandii – i tę pomoc uzyskiwaliśmy. To stanowiło zaledwie ok. 20% przypadków, ale większość problemów rozwiązywali nasi pracownicy.

- Jakiej niezbędnej wiedzy nie nauczają na politechnikach?

- Na polskich uczelniach dominuje nauka podstaw i teorii. Brak łączności między nauką a praktyką jest wielką bolączką polskiej edukacji. Zachodnie uczelnie mają bardzo bliski kontakt z przemysłem, a u nas od lat się o tym mówi i nic się nie zmienia. Z moich obserwacji wynika, że wręcz jest coraz gorzej. Absolwenci wyższych uczelni są coraz gorzej przygotowani do rozwiązywania praktycznych problemów.  

- Podczas konstrukcji skomplikowanych jednak maszyn rodzą się kłopoty z patentami. Jak sobie z tym poradziliście?

- Zazwyczaj szukaliśmy lepszych rozwiązań od tych opatentowanych i znajdywaliśmy je. Bywało i tak, że nasze – raczej wzory użytkowe, a nie patenty – zgłaszaliśmy i trochę ich mamy.

- Czy to oznacza, że te maszyny mogłyby trafić na targi w Niemczech czy Holandii i nikt nie posądziłby was o plagiat?

- Maszyny powstawały jakby przy okazji. Naszymi zasadniczymi produktami są zakrętki do napojów, bardzo cenione przez klientów. A maszyny skonstruowane u nas pracują w kilku krajach i wszyscy je chwalą.

- Gdyby miał pan szansę podpowiadać władzom uczelni technicznych, jakie sugerowałby pan zmiany w nauczaniu studentów?

- Reformę nauczania rozpocząłbym od szkoły średniej. Uważam, że likwidacja gimnazjów była dobrą decyzją, ale nie wykonano kolejnych ruchów. Zdecydowanie negatywnie oceniam egzaminy w formie testów. One „uczą” tzw. cwaniactwa uczniowskiego i nie pozwalają sprawdzać prawdziwej wiedzy, a tym bardziej umiejętności. Egzaminy do liceów i techników są konieczne, a tych, którzy ich nie chcą lub nie są w stanie zdawać, kierowałbym do szkół zawodowych, ale takich, w których pracują prawdziwi nauczyciele zawodu, czyli znający praktykę. Uważam też, że do nauki danego przedmiotu powinien wystarczyć jeden podręcznik. Uczniowie noszą ich kilogramy i mają skrzywione kręgosłupy.

Mamy zbyt dużo studentów. Prywatne uczelnie w większości powinny przestać istnieć. W Polsce prawie połowa młodzieży studiuje na wyższych uczelniach. Jeżeli tych absolwentów jest tak dużo, to znaczy, że prawie nikt z nich prawdziwej uczelni nie ukończył.

Nie ma takiego społeczeństwa, którego połowa szczycić się może dyplomami wyższych uczelni. Brakuje nam dobrych techników i absolwentów szkół zawodowych , a nie branżowych. Wzorce z lat 60. czy 70. i 80. Mamy. Warto do nich wracać. Szkoda, że zwłaszcza przez ostatnie lata są niszczone autorytety, a bez nich trudno o odbudowę skutecznej oświaty.

- Dziękuję za rozmowę.

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl