Himalaje są najpiękniejsze


27-03-2020 14:26:51

- uważa Krzysztof Wielicki „Honorowy Złoty Inżynier 2019” Przeglądu Technicznego.

- Jeśli chodzi o edukację, to mogę powiedzieć, że brat szedł za starszym o 4 lata bratem. Poszedł do liceum w Ostrzeszowie, ja też. Potem studiował elektronikę, wtedy to była łączność, na Politechnice Wrocławskiej - ja też. Praca magisterska dotyczyła telemetrycznego układu przesyłania danych.

Po studiach pracowałem jako inżynier w Zakładzie Elektroniki Górniczej w Tychach, który produkował różne urządzenia cyfrowe, m.in. stacjonarne komputery. Po 3 latach przeniosłem się do FSM w Tychach, bo… zapewniła mieszkanie. Wysyłali mnie na kursy do Włoch, bo zacząłem zajmować się systemami do automatycznego sterowania liniami produkcyjnymi. Kierowałem dużym działem automatyki cyfrowej, w którym pracowało 15 inżynierów. Zajmowaliśmy się też obsługą hardware’u ośrodka obliczeniowego dysponującego komputerem IBM 370. Pracowałem w nim do 1983 r. Potem zostałem przeniesiony służbowo do Klubu Wysokogórskiego, czyli… do nikąd. Bo mojej pasji nie dało się już pogodzić z pracą. A mnie ciągle nie było! Nawet przez kilka miesięcy.

I tak po, trwającej 11 lat, karierze zawodowej inżyniera, skupiłem się na aktywności górskiej, ale na nią potrzebne były pieniądze. W klubie zaczęliśmy wykonywanie prac wysokościowych, którymi zajmował się też m.in. Donald Tusk. Zarobione, niepodatkowane pieniądze wydawaliśmy na cele statutowe, czyli na wyprawy. Z samych Katowic rocznie wyjeżdżało ich po kilka. Nie mieliśmy jednak dewiz, więc zapraszaliśmy jedną, dwie osoby z Zachodu, które w twardej walucie opłacały niezbędne wydatki. I tak to trwało do 1989 r., kiedy to wraz z „wolną Polską” skończyliśmy wykonywanie prac wysokościowych, bo wolny rynek wymusił przetargi. Mogłem wrócić do zawodu, ale przez te lata w elektronice dokonał się ogromny postęp, który trudno byłoby od razu ogarnąć. Dlatego rozpocząłem działalność outdoorową, dystrybuując różny sprzęt sportowy. Podobnie jak wielu moich przyjaciół nawiązałem współpracę z firmami zachodnimi. Kontynuuje ją firma prowadzona przez członków rodziny.

Górskie wędrówki rozpocząłem w harcerstwie, zaczynałem tak jak trzeba: od małych skałek, przez skały, czyli Tatry – kilka razy wszedłem na Rysy, potem duże ściany: Alpy, Dolomity, Kaukaz, Hindukusz, Pamir i Himalaje z olbrzymimi przestrzeniami i odległościami. W 1980 r. byłem członkiem narodowej wyprawy na Mount Everest, którą kierował Andrzej Zawada, i wspólnie z Leszkiem Cichym dokonaliśmy pierwszego nań zimowego wejścia. Niestety, nic ze szczytu nie widziałem, bo byliśmy w chmurze! W ogóle nie myśleliśmy o spoglądaniu w dal. Natomiast pamiętaliśmy, by w takim czworoboku z rurek, zostawić informację, że tu byliśmy! A ogólnie: im wyżej, tym dalej. Najpierw śnieg, potem lód, lodowce. Przydawały się doświadczenia wyniesione z wypraw w Dolomity. Byłem też w Andach, które mnie nie powaliły, bo samochodem wjeżdża się wysoko i nie ma śniegu! Jednak Himalaje są najpiękniejsze.

W 1990 r. poprowadziłem pierwszą wyprawą na Dhaulagiri w Himalajach. Z perspektywy lat za najtrudniejszą wyprawę, której bym się dziś nie podjął, nie tylko dlatego, że skończyłem 70 lat, uważam samotne wejście na Nanga Parbat. Pierwsze, zaliczane do Korony Himalajów dwa 8-tysięczniki zdobyłem w 1995 r., ale wciąż brakowało mi K2 i Nanga Parbat, oddalonych od siebie o 300 km. Wymyśliłem, że w czerwcu 1996 r. pójdę z międzynarodową wyprawą na K2, a kilka tygodni później wyjedzie z Polski ekipa i wejdziemy na Nanga Parbat, które znałem ze zdjęć. Okazało się, że koledzy się wycofali i miałem dylemat: iść czy nie? Liczyłem, że może pogoda się popsuje i będę miał usprawiedliwienie, ale była piękna. Doświadczenie pomogło mi znaleźć ślady poprzedników i w 5 dni odbyłem drogę tam i z powrotem. Była to moja najkrótsza wyprawa, bo w sumie 9 dni od asfaltu do asfaltu. Przekroczyłem tą cienką, czerwoną linię, bo wszystko mówiło, bym tego nie robił! Miałem jednak szczęście.

Zostałem piątym człowiekiem na świecie, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, ale nie przywiązywałem do tego wagi. Podobnie jak do faktu, że na Mount Everest, Kanczendzongę i Lhotse jako pierwszy człowiek wszedłem zimą.

Zresztą media przestały się tym tematem zajmować, a moje pokolenie nie myślało o zdobyciu Korony, lecz o wytyczaniu nowych dróg, przejść, co bardziej wpisuje się w historię himalaizmu. Oczywiście szczytów zdobytych przybywało, bo jak się weszło na jeden, to potem chciało się zdobyć następny. A jeśli co roku uczestniczy się w 2-3 wyprawach, to wejście na kolejny było „wypadkiem przy pracy”. Niemniej o zdobyciu Korony pomyślałem, gdy byłem już na 12 szczytach, bo jednak lepiej mieć niż nie mieć.

W 2018 r. kierowałem Polską Narodową Wyprawą na K2. Nie udało nam się stanąć na szczycie, natomiast ratowaliśmy Tomka Mackiewicza i Elizabeth Revol, którzy wspinali się na Nanga Parbat. W Karakorum wówczas byliśmy tylko my i oni, tak więc akcja ratunkowa, którą koordynowałem: wysyłałem zespół, ale sam nie brałem w niej udziału, była oczywistością. Niestety, Tomka nie udało się wyratować.

Wiem, że wielu ludzi, którzy zdobywali wysokie szczyty ukończyło studia techniczne. Bo w górze niezbędna jest umiejętność przewidywania, logistyki etc. Z doświadczenia wiem, że jeśli uczestnik wyprawy je ukończył, to podejmowane przez niego decyzje będą właściwe.

Rodzina do trwających co roku moich kilkumiesięcznych nieobecności przywykła. Trudno odnosić sukcesy bez kosztów, które w każdej dziedzinie są inne. Przejęliśmy filozofię budowania pozycji polskiego alpinizmu w świecie. Realizujemy wielką misję, a więc cel uświęca środki. Może egoistyczne, ale nam się udało – moje pokolenie stworzyło „złotą dekadę” polskiego alpinizmu. Mieliśmy swoje 5 minut. A z żoną jeździmy do Pakistanu, gdzie wchodzimy na dziewicze, 6-tysięczne szczyty.

W tym roku będę musiał pokierować zimową wyprawą na K2. Budujemy zespół. Mam nadzieję, że czwarte podejście na jedyny niezdobyty zimą 8-tysięcznik zakończy się sukcesem.

not. boj.

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl