Sportowiec po siedemdziesiątce


08-09-2020 21:43:14

Był drugi w międzynarodowych zawodach w Książu w 2016 r., drugie miejsce zajął również w zawodach tradycyjnych zaprzęgów konnych w Koszęcinie (siedziba Zespołu „Śląsk”), a w jego domu w sołectwie Liwin k. Małej Wsi jest ogromna kolekcja pucharów, które zdobył w ostatnich czterech latach, chociaż jego PESEL wskazuje, że w tym roku przeżył 74 wiosnę.

Nadal żałuje, że nie wygrał jeszcze międzynarodowych zawodów i wspomina, że raz, a było to w Książu, „zawinił” nie z tej epoki bat do poganiania koni. Mimo że musiał go używać, to trzeba było go mieć.

Konie w roli głównej

Grzegorz Jachimiak – bo o nim mowa – urodził się w rodzinie, która wręcz kochała konie. Towarzyszyły one jego dziadkowi Józefowi, który przechował dokumenty hodowlane z początku poprzedniego wieku. Jego ojciec Władysław był kawalerzystą i nawet dosłużył się oficerskiego stopnia podporucznika. Grzegorzowi, absolwentowi Technikum Rolniczego w Trzepowie, hodowlę rasowych koni ułatwiał fakt, że w sąsiadującym z jego polami PGR był tzw. punkt kopulacyjny i zawsze mógł liczyć, że znajdzie się w nim dorodny rozpłodnik ze Stada Ogierów w Łącku, dobrze przekazujący cenne geny. Przez wiele lat do sąsiedniego PGR-u trafiały głównie ogiery rasy Wielkopolskiej. A ich potomstwo sprawdzało się nie tylko w pracach polowych, ale także w jeździectwie, w takich konkurencjach jak skoki przez przeszkody oraz wszechstronny konkurs konia wierzchowego (warto wspomnieć, że międzynarodowym sędzią w zawodach WKKW był inny znakomity jeździec, zmarły w ub. r. w wieku 97 lat Władysław Byszewski). 

Grzegorz Jachimiak, doceniając cechy koni, które wówczas posiadał, rozważał stworzenie rekreacyjnego ośrodka jeździeckiego. Jednak jego konie stacjonowały z dala od głównych dróg i dużych miast, dlatego uznał, że trudno będzie o kandydatów do trudnej szkoły jeździectwa. Sytuacja się zmieniła, gdy poznał wielbiciela sportów konnych i wybitnego mistrza powożenia Romana Kusza. Od ich pierwszego spotkania Grzegorz Jachimiak zaczął się coraz bardziej interesować tą nieolimpijską dyscypliną sportu konnego. To Roman Kusz przekazał mu wiele uwag dotyczących powożenia oraz hodowli koni najlepiej nadających się do tego sportu.

Potrzebne konie i powozy

Tak się złożyło, że Grzegorz Jachimiak pojechał kiedyś na Mistrzostwa Polski w powożeniu do Jarantowa i tam za radą Bartłomieja Kwiatka (też sportowca) nabył dwie klacze rasy Śląskiej. Konie pięknie prezentujące się w zaprzęgu i dobrze reagujące na decyzje powożącego. Pan Grzegorz swoje klacze zaczął kryć ogierami tej rasy oraz – korzystając z rad Romana Kusza – zakupił pierwszego „Ślązaka”. Był to wyjątkowo trafiony zakup, uwieczniony zresztą na dużych obrazach.

Sam koń to jednak za mało. Przyszła więc kolej na zakupy powozów. Obecnie w dużym budynku, będącym wcześniej oborą, stacjonuje duża kolekcja pięknych powozów włącznie z historycznym pojazdem, należącym kiedyś do księżniczki Anny, córki królowej Wiktorii.

Powozowe przejażdżki wśród łanów rzepaku i pszenicy, organizowane dla znajomych odwiedzających Liwin, były jednak niewystarczającym wyzwaniem dla pana Grzegorza, który właśnie zbliżał się do siedemdziesiątki.

Adrenalina

W 2004 r. pojechał parą „Ślązaków” na zawody w powożeniu odbywające się w Ośrodku Jeździeckim w Łagiewnikach k. Płocka. Właściciel obiektu Andrzej Chmielewski namówił go do startu w tych zawodach, będących częścią punktowanej ligi regionalnej (województwa kujawsko-pomorskie i mazowieckie). Pierwszy start i – pierwszy sukces. Wprawdzie nie było to zwycięstwo, ale debiutant stanął na podium.

Od tamtego sukcesu minęło już kilka lat, przyszły kolejne miejsca na podium. I zdobyte puchary. Grzegorz Jachimiak jest zapraszany na zawody krajowe i międzynarodowe, nawet odbywające się o kilkaset kilometrów od Liwina. Stara się nie rezygnować nie tylko z tych zawodów, ale także bierze udział w uroczystych, okazjonalnych przejazdach przez miasta (np. czczących zwycięstwo 1920 r.).

Wprawdzie międzynarodowych zawodów jeszcze nie wygrał, lecz niewiele brakowało, aby tak się stało w pięknym Książu. Gdy jego powóz pojawia się na torze przeszkód, spiker zazwyczaj zachęca do podziwiania karych, naprawdę urodziwych „Ślązaków”, cieszących oczy kibiców. Najkrótszych czasów przejazdów nie odnotowuje, ale dla końcowego wyniku liczy się precyzja przejazdu, a ta jest u niego zazwyczaj bezbłędna.

Na niektóre zawody zabiera całą swoją rodzinę i cieszy się, gdy w roli tzw. „luzaka” (dbającego o wyważenie powozu na zakrętach) występuje jego syn Karol. Liczy, że ten absolwent dwóch uczelni kiedyś go zastąpi. A na razie cieszy się własnymi sukcesami.

Korzenie

Wspomina, że do sportu ciągnęło go od najmłodszych lat. Pamięta, że lekarka – ze względów zdrowotnych – zabroniła mu uprawiania sportu wyczynowego. Pomimo zwolnienia z WF-u grał w szkolnej drużynie siatkarskiej. Był też hokeistą, a gdy doszło do zawodów w jeździe szybkiej na lodzie, wygrał je i to mimo konkurencji ze strony kolegów zdobywających laury w kolarstwie (bywa, że znani kolarze zimą przypinają łyżwy). Na szczęście do sportu wyczynowego uprawianego obecnie zaświadczeń lekarskich nikt nie wymaga. Ma świadomość, że powożenie to dyscyplina sportowa, której uprawianie kosztuje. Na szczęście jest to miłe hobby, które pozwala hołubić, wręcz kochać konie, a prawie każde hobby zazwyczaj kosztuje. Na dodatek konie są mocno zakorzenione w polskiej tradycji i o tę tradycję pan Grzegorz dba szczególnie.

Henryk Piekut

Foto: H. Piekut

Roman Kusz jest wielokrotnym mistrzem Polski zdobywcą wielu medali na Mistrzostwach Świata i Europy w powożeniu zaprzęgami parokonnymi. Zaczynał od roli luzaka u najlepszego polskiego jeźdźca Jana Kowalczyka (jedynego polskiego mistrza olimpijskiego w jeździectwie). Swoją sportową karierę zaczął przypadkowo, dzięki dyrektorowi Andrzejowi Osadzińskiemu z Bogusławic. Ten twórca konnych bitew w filmach wyznaczył Romana Kusza do powożenia na zawodach. Pierwszy start i od razu sukces – Roman Kusz został mistrzem Polski 1985 r. w powożeniu zaprzęgami dwukonnymi. Potem aż do 2008 r. tych tytułów nazbierał wiele, włącznie z sukcesami na mistrzostwach Europy i Świata. Od tamtej pory powożenie zaprzęgami konnymi stało się sportem i życiową pasją Romana Kusza. Obecnie już rzadko uczestniczy w takich zawodach. Prowadzi zakład służący zawodnikom powożenia.

Komentuje Waldemar Rukść

18-19
Aktualny numer WSZYSTKIE
eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl