Inżynierowie bliżej rynku


11-12-2020 12:44:13

Z dr. inż. Wojciechem Ratyńskim, prezesem Zarządu Głównego FSNT-NOT w latach 2000–2008, Prezesem Honorowym FSNT-NOT oraz Prezesem Honorowym SITR, rozmawia Henryk Piekut.

- Znamy się już blisko 40 lat, ale nie znam pańskiej „historii NOT- owca”.

- Było to na początku mojej pracy, gdy byłem zatrudniony w Zakładzie T1 – Budowa Stacji Radarowej przy ulicy Poligonowej w Warszawie. Dowiedziałem się, że funkcjonuje tam Stowarzyszenie Mechaników Polskich, znane jako SIMP, skupiające mechaników. A że byłem wówczas młodym mechanikiem, więc postarałem się o przyjęcie w szeregi tego stowarzyszenia. Potem, gdy zostałem wicedyrektorem zaplecza technicznego rolnictwa, a następnie dyrektorem w Ministerstwie Rolnictwa, wstąpiłem do Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Rolnictwa (SITR). Tak więc wywodzę się z dwóch organizacji NOT-owskich: SIMP i SITR. Właśnie u rolników w SITR stałem się działaczem stowarzyszeniowym, gdy wybrano mnie najpierw prezesem koła terenowego w Ministerstwie Rolnictwa, a potem zostałem prezesem Zarządu Głównego SITR. Po upływie dwóch kadencji znalazłem godnego następcę – doświadczonego działacza inż. Jerzego Nasiadkę.

Doświadczenie zdobywałem jako wiceprezes FSNT-NOT, gdy prezesował prof. dr hab. inż. Jan Lech Lewandowski, a potem prof. dr inż. Andrzej Zieliński. Mając już istotne doświadczenie, za namową kolegów postanowiłem ubiegać się o funkcję prezesa FSNT- NOT. Wystartowałem w wyborach w 2000 r. z hasłem „Czas na zmiany i kontynuację dobrych tradycji” i zostałem wybrany przez delegatów stowarzyszeń tworzących Federację.

- Co pana zmobilizowało do podjęcia takiego wyzwania. Wówczas, o ile pamiętam, była to funkcja prawie społeczna?

- Rzeczywiście nie mogłem liczyć na istotne profity. Argumentem był prestiż inżynierskiej organizacji zrzeszającej wybitnych inżynierów różnych specjalności i przewodzenie grupie mądrych ludzi, zwłaszcza że osobiście miałem za sobą duże doświadczenie zawodowe.

- O pierwszej części hasła będziemy jeszcze mówić w dalszej części rozmowy. Teraz zapytam, skąd zamierzał pan czerpać wiedzę dotyczącą kontynuacji dobrych tradycji?

- Dwie kadencje w Zarządzie w roli wiceprezesa, jedna z prof. Lewandowskim, druga z prof. Zielińskim, wiele mnie nauczyły. Po wyborze na stanowisko prezesa postanowiłem jednak skorzystać z doświadczenia także wielu innych byłych prezesów. Zdecydowałem się raz do roku zapraszać ich na spotkania do Sali Prezydialnej Warszawskiego Domu Technika. Te spotkania były kontynuowane w obu kadencjach i każde z nich wnosiło do prac naszego Zarządu coś istotnego. Już na pierwszym spotkaniu zwrócili mi uwagę takimi słowami: Ale nas w tej sali nie ma! Zrozumiałem o co chodzi i poprosiłem ówczesnego prezesa WDT Jacka Kubielskiego, który był zawsze skuteczny, o znalezienie dobrego malarza portrecisty i uzupełnienie galerii prezesów o portrety żyjących moich poprzedników. Po zakończeniu mojej drugiej kadencji zawisł tam także mój portret.

- W wielu organizacjach samorządowych szef typuje swoich współpracowników – wiceprezesów, sekretarza i członków Zarządu. W NOT jest większa demokracja i członkami Zarządu Głównego (ZG) zostają osoby zgłaszane przez stowarzyszenia i jednostki terenowe, spośród których Rada Krajowa wybiera ZG. Był pan z tego wyboru zadowolony?

- Powiem więcej. Miałem szczęście, że Zarząd Główny tworzyły wówczas osoby kompetentne, z dużym doświadczeniem w działalności społecznej i ogromnym dorobku zawodowym. Była w nim moja następczyni, Ewa Mańkiewicz-Cudny, ponadto profesor Józef Suchy z Krakowa, Janusz Maciejewicz ze Śląska, Zbigniew Lange z Gdańska, senator Grzegorz Lipowski z Częstochowy, a funkcję sekretarza generalnego pełnił od kilku kadencji SIMP-owiec inż. Kazimierz Wawrzyniak, którego zasługi po reorganizacji struktur NOT w 1989 r. są niedocenione. Nieprzypadkowo podkreślam, że współpracowałem z bardzo dobrym, mądrym i doświadczonym w pracy społecznej zespołem, z bardzo dużym dorobkiem zawodowym.

- Wróćmy więc do pierwszej części hasła wyborczego: „czas na zmiany”. Czego te zmiany dotyczyły?

- Chodziło mi m.in. o uporządkowanie spraw majątkowych. Organizacja NOT-owska dysponowała dużym majątkiem. Zdarzało się, że zadłużenie spowodowane przez jednostki terenowe, które nie miały osobowości prawnej, trafiało do spłacenia przez centralę Federacji. Pod okiem prawnika Kazimierza Daniszewskiego kontynuowaliśmy rozpoczętą wcześniej (ale początkowo słabo realizowaną) procedurę uzyskiwania przez oddziały NOT osobowości prawnej, a w ślad za tym podział majątku pomiędzy jednostki terenowe a centralą (głównie w proporcji 40%–60%). To spowodowało krótki „zamęt", a jedna z wojewódzkich organizacji nie chciała zgodzić się na takie zasady, lecz ostatecznie takie uwłaszczenie wyszło wszystkim na zdrowie.

- To były ważne, ale prawdopodobnie nie jedyne zmiany własnościowe?

- Tak, było ich wiele, jednak o kłopotach nie będę wspominał.

- Podczas pana kadencji trwały istotne dla NOT inwestycje – nadbudowa dwóch pięter w budynku od ul. Świętokrzyskiej oraz modernizacja Sali A w Warszawskim Domu Technika.

- Wprawdzie nie ja podejmowałem decyzję o nadbudowie dwóch pięter na budynku od strony ul. Świętokrzyskiej, ale kłopoty z tym związane spadły na mnie i Zarząd. Wydawało się, że ma to przynieść profity z wynajmowania pomieszczeń w centrum stolicy, a okazało się nietrafioną i kłopotliwą inwestycją. Zadłużenie w sumie wynosiło ponad 2 mln zł, a odsetki trzeba było płacić. W tej sytuacji należało szukać środków na pokrycie tak dużej kwoty, bo płacenie corocznie odsetek w wysokości kilkuset tysięcy złotych nie rozwiązywało problemu. Pracując w spółkach prawa handlowego, zdobyłem pewne doświadczenie z pogranicza inżynierii finansowej i zaproponowałem przebudowę sali konferencyjno-balowej, a z części niewydanych środków spłacenie długu. Obliczenia efektywności i realności przedsięwzięcia dokonali: Mariusz Płaczkiewicz – mój doradca oraz Jacek Kubielski – prezes WDT NOT. Te dobrze przygotowane dokumenty pozwoliły nam pozyskać przychylność kredytodawcy, którym był bank niemiecki z Frankfurtu, mający przedstawicieli w Warszawie. Mogę powiedzieć, że wszyscy zaangażowani w to przedsięwzięcie dopilnowali jakości, terminowości i kosztów budowy. Bardzo podobne rozwiązanie zastosowali koledzy z Rady Wojewódzkiej w Białymstoku, którzy również odnieśli sukces.

Ze środków pozyskanych od banku spłaciliśmy kredyt z odsetkami (ok. 2,3 mln zł) i przebudowaliśmy salę, którą specjalny zespół projektowy odtworzył z dokumentów przedwojennych. Kredyt był zaplanowany na 12 lat, wiem że został przedłużony w związku z dalszymi działaniami inwestycyjnymi WDT NOT. Zmodernizowana sala nawiązuje do swojej pierwotnej wersji sprzed wojny. O wyświęcenie sali poprosiłem Jego Eminencję prymasa Józefa Glempa, który nie tylko wtedy przybył do NOT, ale bywał u nas później wielokrotnie.

- Domyślam się, że tamta wizyta dała początek pozbywania się odium organizacji z czasów PRL, ale dla wiecznych krytykantów było to za mało do całkowitego „rozgrzeszenia”?

- Nie bardzo wiem, z czego mamy się rozgrzeszać. Pomimo wszystkich zawirowań trzeba było jakoś żyć i pokazać nasze korzenie jako wieloletniej organizacji z tradycjami. Natrafiłem na ważną datę – w 1835 r. generał inżynier Józef Bem powołał polską organizację techniczną. Zaproponowałem, co zostało przez kolegów przyjęte, aby od tego momentu datować powstanie naszych organizacji inżynierskich, które na przestrzeni lat przyjmowały różne nazwy. W 2005 r. uczciliśmy konferencją 170-lecie naszego istnienia. W wydarzeniu tym wzięli udział koledzy nie tyko z kraju, ale również z polonijnych organizacji inżynierskich. Było to pomocne w integracji naszego środowiska. Gościem honorowym był Prymas Polski kardynał Józef Glemp, przybyli przedstawiciele Prezydenta RP i rządu. Zanim doszło do tego uroczystego spotkania z przedstawicielami polonijnych organizacji inżynierskich, złożyłem im wizyty, informując, co robimy i dokąd zmierzamy. Koledzy zażądali, abym przedstawił im sylwetki prezesów NOT po 1945 r. Na specjalnym spotkaniu w Detroit przedstawiłem dokonania swoich poprzedników i po moim godzinnym wystąpieniu sala biła brawo na stojąco.

Bardzo dużo pracy na rzecz integracji środowisk inżynierskich w kraju i za granicą włożyła w czasie mojej kadencji ówczesna wiceprezes Ewa Mańkiewicz-Cudny, która wraz z Przeglądem Technicznym prezentowała sylwetki naszych kolegów, zwłaszcza zagranicznych. Wywiady z aktualnymi politykami i promowanie ich na uroczystościach wręczenia tytułu „Złotego Inżyniera Przeglądu Technicznego” ociepliły nasz wizerunek. Niestety nie jest to wystarczające do wykorzystania naszych możliwości służenia krajowi, biorąc pod uwagę nasz potencjał.

Wielu inżynierów z Ameryki i Europy – zwłaszcza tych z tytułami naukowymi lub posiadających własne firmy – próbowałem zachęcić do realizacji wspólnych projektów celowych wspieranych finansowo przez Komitet Badań Naukowych, a z czasem przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Propozycja została przyjęta z dużym zainteresowaniem, ale jej realizacja nie mogła być bardziej udana, ponieważ zawirowania polityczne to uniemożliwiły.

- Uważam, że realizacja projektów celowych przy udziale FSNT-NOT było czymś, co można określić strzałem w dziesiątkę. Domyślam się, że rola prezesa FSNT-NOT była tu niebagatelna…?

- Muszę przyznać, że nie było to łatwe i proste. Chcę tu podkreślić wielki wkład pracy Włodzimierza Hausnera i prof. Józefa Suchego, którzy bezpośrednio nadzorowali realizację tych projektów. Inicjatywa była Włodzimierza Hausnera, ale umowę wynegocjowałem osobiście z Ministerstwem. Dzięki odwadze ówczesnego szefa Komitetu Badań Naukowych, a z czasem ministra nauki prof. Andrzeja Wiszniewskiego, z którym bliższy kontakt nawiązałem na gali „Złotego Inżyniera”, udało się temat załatwić. Efekty z realizacji tych projektów celowych okazały się konkretne i znacznie przekraczające założenia. Zwrotność nakładów była poniżej 2 lat.

- Zakładał pan też bliską współpracę z bratnimi organizacjami krajowymi i międzynarodowymi. Mam tu na myśli Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, organizacje prawników i księgowych, a także TNOiK. Coś z tego wyszło?

- Bardzo konkretna współpraca między nami wyszła przy organizacji XXIII Kongresu Techniki. To znany ekonomista prof. Zdzisław Sadowski, który wówczas przewodniczył PTE, podpowiedział nam dobre hasło Kongresu Techniki: „Inżynierowie bliżej rynku”. Ten Kongres odbywał się w dwóch etapach (Warszawa, grudzień 2001 r.; Poznań, czerwiec 2002 r.). Był on rzeczywiście udany. Wnioski zostały przyjęte w Poznaniu, podczas drugiej części kongresu na czerwcowych Międzynarodowych Targach Poznańskich, odbywających się pod hasłem „Nauka i Technika dla Gospodarki". Wtedy też ustaliliśmy, aby co roku na tych targach organizować Forum Inżynierskie poświęcone innowacyjności w różnych dziedzinach gospodarki. Od tego czasu co roku organizowaliśmy takie inżynierskie fora przy zadowoleniu i wsparciu Zarządu MTP.

- Fora inżynierskie to była jedna z form działalności Federacji, a czy próbował pan w inny, niekonwencjonalny sposób prowadzić działalność?

- Tak, chociaż to może dziwnie zabrzmieć. Chodzi o tzw. Bale Charytatywne, z których dochód kierowaliśmy do Fundacji Serca założonej przez prof. Zbigniewa Religę. W pierwszych balach uczestniczył ten wybitny polski kardiolog. Dochód nie był wprawdzie imponujący, ale pan profesor był nam wdzięczny, bo zachęciliśmy w ten sposób do wspierania tej znakomitej Fundacji przez inne organizacje. Dodam, że bale stanowiły okazję do wręczania Nagrody „Dźwignia” przyznawanej wspólnie z redakcją istniejącego od 1866 r. czasopisma Przegląd Techniczny we współpracy z Krajową Izbą Gospodarczą.

- Na koniec przykre pytanie. Chodzi o porażkę w trakcie pana kadencji jako prezesa. Było coś takiego?

- Z mojego programu wykonałem wszystko, z chęci – niewiele. Jako porażkę traktuję brak ożywienia europejskiej federacji Inżynierskiej FEANI. Ta bardzo cenna organizacja powinna dobrze sprawdzać się, współpracując z Komisją Europejską i innymi agendami Unii Europejskiej, a jest za słabo widoczna na arenie europejskiej. Pewne pomysły na jej ożywienie miałem, ale czasu nie starczyło.

Może za mało dobitnie podziękowałem wszystkim tym, którzy ofiarnie pracowali ze mną w latach 2000–2008, dlatego teraz to ponownie czynię.

- Dziękuję za rozmowę.

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl