Źródłosłów „atrapy” zaskakuje: wywodzi się z języka starogermańskiego i oznacza coś, co „wabi w pułapkę”, zwodzi, oszukuje, jest zapadnią czy wilczym dołem. Dziś to przedmiot udający coś, czym nie jest. Znalazłoby się nieco atrap wytwarzanych w naturze przez drapieżców (typ: trująca ryba udająca kamień), ale raczej wiążemy je z działaniem ludzkim. Tu atrapom patronują „wioski potiomkinowskie”. Po zwycięskiej wojnie z Turcją gubernatorem zdobytych ziem został książę Grigorij Potiomkin. Kiedy caryca Katarzyna udała się w 1787 r. w podróż w dół Dniepru by wizytować terytorium, zachęcił on mieszkańców do manifestowania entuzjazmu. Ich schludne siedziby tonęły w kwiatach i odświętnych dekoracjach, co udelektowało władczynię. Pruski poseł w Petersburgu twierdził złośliwie, że były to atrapy na kołach przewożone przez ludzi Potiomkina w coraz to nowe miejsca. Atrapy sowieckie do zwodzenia ważnych inostrancew już oszczerstwem na pewno nie są. Podobnie, jak koreańska „wioska” Kijongdong, przy granicy z południem, mająca nieudolnie zachęcić ludność, by przenosiła się do cudownego państwa Kimów. Rozkwit „atrapizmu” nastąpił w czasie XX-wiecznych wojen z udziałem lotnictwa. Podobno w 1918 r. zbudowano nawet tekturowy „Paryż”, by zwieść wrogie rozpoznanie, a w operacji Fortitude mającej zmylić miejsce lądowania aliantów w Normandii w 1944 r. użyto gumowych czołgów i samolotów. Dziś „atrapizm” już nie jest incydentalny – to lukratywny przemysł, całkiem pożyteczny; np. tzw. ratownictwo taktyczne stosuje całą gamę atrap do ćwiczeń, łącznie ze sztuczną „krwią” (butelka profesjonalnej za kilkaset zł), sztucznymi opatrunkami i atrapami sprzętu ratunkowego, a nawet sztucznymi potwornymi „ranami” z silikonu. Część tych patentów przeniosła się do imprez cosplay – zabaw naśladowców bohaterów filmowych oraz amatorów horrorów i Halloween. Lateksowe stroje „wikingów” i celtyckich „magów”, plastikowe (a czasem nawet metalowe) miecze i zbroje wyglądają znacznie lepiej niż prawdziwe, a coroczna „rekonstrukcja” bitwy pod Grunwaldem to istne święto pasjonatów tych zabaw, którzy chyba nawet gacie i topory mają „z epoki”. Drogę do tych pasji utorowało oczywiście kino – pierwszy animator przemysłu „atrapowego”. Ludzie Zachodu przeżuwają na papkę stare mitologie, bogate w malownicze i brutalne akcesoria przemocy i kontrastów społecznych niechętni dyskretnym formom przemocy współczesnej. Przenoszą je też w świat fantasy typu „Gwiezdne wojny” z wynalazkiem „laserowych mieczy”.
Szczyt „atrapizmu” XXI w. wskazuje znany film „Truman show”. Całe życie głównego bohatera od urodzenia jest atrapą, telewizyjną inscenizacją śledzoną przez miliony fanów. Zachodzi pytanie: kim jest człowiek, którego świat (także uczuciowość!) to 100% kreacja reality show, co w końcu odkrywa. Oczywiście „Truman show” jest metaforą –czego nie dopowiedziano – sytuacji człowieka we współczesnym świecie, coraz bardziej pogrążającym skrycie ludzi w zmanipulowanej wizji rzeczywistości. Kropkę nad i stawia natomiast epizod w jednym z „Bondów”: sekretarka SIS (MI 6) włącza erotyczną „schadzkę” z amantem Jamesem za pomocą virtual reality. Ma całkowitą satysfakcję z atrapy. I pomyśleć, że dotąd przebojem jest słynny song „I can’t get no satisfaction”.
Zygmunt Jazukiewicz