Miesięcznik Federacji Stowarzyszeń Naukowo-Technicznych NOT

Elektroodpady – klucz do transformacji

Z Grzegorzem Skrzypczakiem, prezesem zarządu ElektroEko S.A. rozmawia Lidia Sosnowska.

Raport Prognoza na 2050 r. dotycząca surowców krytycznych w strumieniu zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego, przygotowany przez finansowane ze środków unijnych konsorcjum FutuRaM z okazji „Międzynarodowego Dnia Bez Elektrośmieci”, podkreśla jak duże znaczenie mają elektroodpady dla europejskiej gospodarki i życia codziennego mieszkańców. Z czego wynika taka ocena sytuacji?

Zacznijmy od liczb. W 2022 r. Europa wytworzyła 10,7 mln ton zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego (ZSEE). W tym strumieniu znajdował się około 1 mln ton surowców krytycznych – CRM (z ang. critical raw materials), czyli metali i pierwiastków o kluczowym znaczeniu dla energetyki odnawialnej, elektromobilności, elektroniki i obronności: miedzi, niklu, kobaltu, litu, metali ziem rzadkich czy palladu. To nie są „dodatki do urządzeń”. To surowcowy fundament europejskiej transformacji energetycznej i cyfrowej.

Jednocześnie Unia Europejska jest dziś w ponad 90% uzależniona od importu wielu surowców krytycznych z kilku państw trzecich. Raport FutuRaM pokazuje więc prostą zależność: albo potraktujemy elektroodpady jako własną „miejską kopalnię” (ang. urban mining – odzysk surowców z produktów już wprowadzonych do obiegu), albo dalej będziemy finansować kopalnie poza Europą, biorąc na siebie ryzyka polityczne, cenowe i środowiskowe.

Kolejny powód to skala marnotrawstwa. Z około 1 mln ton CRM w europejskim strumieniu ZSEE tylko część wraca do obiegu w legalnych procesach recyklingu, reszta ginie w szarej strefie, równoległych strumieniach odpadów i w nieudokumentowanym eksporcie używanego sprzętu. Każdy punkt procentowy poprawy zbiórki i recyklingu oznacza setki milionów euro, które zostają w gospodarce europejskiej – zamiast wypływać na import surowców pierwotnych. Dlatego FutuRaM traktuje elektroodpady zawierające surowce krytyczne nie jako problem, ale jako strategiczny zasób.

Problem jest jednak znacznie szerszy, bo według prognozy FutuRaM do 2050 r. ilość surowców krytycznych zawartych w strumieniu ma wzrosnąć ze wspomnianego ok. 1 mln ton w 2022 r. do poziomu między 1,2 a 1,9 mln ton. A całkowita ilość zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego w krajach Unii oraz Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Islandii i Norwegii ma się zwiększyć z 10,7 mln ton w 2022 r. do poziomu nawet 19 mln ton. Czy Europa jest gotowa do zagospodarowania tych zasobów?

Prawnie – tak. W praktyce – jeszcze nie. Europa ma najbardziej zaawansowane na świecie regulacje dotyczące ZSEE, ale ich skuteczność nie odpowiada skali wyzwania. W 2022 r. z 10,7 mln ton wytworzonych elektroodpadów tylko około 5,7 mln ton, czyli 54%, trafiło do systemów zgodnych z prawem. Reszta „rozpłynęła się” poza oficjalną ewidencją.

Ta luka ma bardzo konkretny wymiar surowcowy. Z mniej więcej 1 mln ton CRM zawartych w ZSEE około 0,6 mln ton zostało utraconych – z czego 0,5 mln ton już na etapie zbiórki, a kolejne 0,1 mln w trakcie przetwarzania. To znaczy, że połowę strategicznego potencjału wyrzucamy z własnej kopalni.

Bez reformy systemów zbiórki, lepszej kontroli danych i ukrócenia równoległych strumieni elektroodpadów Europa nie będzie gotowa na wykorzystanie tego potencjału. Urban mining stanie się wtedy ładnym hasłem, a nie realną strategią.

Powiedział Pan, że tylko nieco ponad połowa elektrośmieci zagospodarowanych jest zgodnie z przepisami UE. Co dzieje się z resztą?

To, czego prawo nie lubi najbardziej – nic pewnego. Szacunkowo około 5 mln ton ZSEE rocznie w regionie EU27+4 (Islandia, Norwegia, Szwajcaria i Wielka Brytania) trafia do tzw. strumieni równoległych, czyli poza oficjalny system gospodarki odpadami. Część ląduje w odpadach komunalnych i jest spalana lub składowana razem z innymi frakcjami. Część miesza się ze złomem metali – sprzęt jest rozdrabniany bez odpowiedniego demontażu, a surowce krytyczne i substancje niebezpieczne znikają bez śladu w statystykach.

Istotny udział ma też eksport używanych urządzeń „do ponownego zastosowania”. Na papierze wygląda to dobrze, w praktyce bywa przykrywką dla pozbywania się problemu poza granice UE, bez realnego audytu losu tych produktów. Do tego dochodzi zjawisko „przydasie” – gromadzenia starych urządzeń w domach i firmach. Szacuje się, że w europejskich gospodarstwach domowych zalegają miliardy kilogramów małego sprzętu, który mógłby zasilić legalny system zbiórki.

Wszystkie te kanały równoległe mają wspólny mianownik: tracimy surowce i kontrolę nad substancjami niebezpiecznymi. Każda tona sprzętu, która „znika” w złomie czy odpadach komunalnych, to jednocześnie utrata miedzi, aluminium, litu czy metali ziem rzadkich, a dodatkowo ryzyko zanieczyszczenia środowiska.

Co powinno się zmienić, aby te zasoby nie były marnowane?

Przede wszystkim trzeba stworzyć bardziej efektywny system zbierania zużytego sprzętu w taki sposób, aby wyeliminować równoległe strumienie odpadów, czyli po prostu szarą strefę. Musi się to także wiązać z systemem zachęt do prawidłowego pozbywania się tego sprzętu i ograniczania przechowywania go w gospodarstwach domowych. Oznacza to realnie egzekwowany obowiązek kierowania elektroodpadów do uprawnionych podmiotów, włączenie sektora złomu w oficjalny obieg, skuteczną walkę z nielegalnym eksportem oraz uruchomienie narzędzi cyfrowych pozwalających śledzić strumień masy elektroodpadów w czasie zbliżonym do rzeczywistego. Baza danych o odpadach powinna być systemem zarządzania strategicznymi zasobami, a nie tylko archiwum sprawozdań.

Poza tym same cele związane wyłącznie z masą sprzedanego sprzętu, a dokładnie – średniej z trzech poprzednich lat – nie wystarczą. Potrzebne są także cele jakościowe, w tym dotyczące odzysku konkretnych materiałów, zwłaszcza surowców krytycznych. Nie chodzi o to, żeby „przerzucić” jak najwięcej ton, ale żeby jak najwięcej litu, kobaltu, metali ziem rzadkich czy palladu wracało do gospodarki. A to wymaga inwestycji w nowoczesne technologie recyklingu.

Od czego zależy powodzenie tego planu?

Od stabilnego rynku na surowce wtórne. Recykler zainwestuje w technologie odzysku metali ziem rzadkich czy platynowców tylko wtedy, gdy będzie miał zapewniony zarówno strumień odpadów, jak i odbiorcę na recyklat. Jeśli takiego mechanizmu nie stworzymy, recyklat dalej będzie wywożony poza Europę. To z kolei wymaga świadomych decyzji projektowych i zakupowych po stronie przemysłu.

Opublikowany został także raport 20 lat systemu ZSEE w Polsce: diagnoza, wyzwania i rekomendacje. Jakie wynikają z niego wnioski? Mamy powody do zadowolenia?

Po dwudziestu latach możemy powiedzieć jedno: system w Polsce zadziałał, ale wymaga modernizacji. Zrobiliśmy ogromny postęp, jeśli chodzi o efekty operacyjne. Zbiórka ZSEE na mieszkańca wzrosła z około 3 kg w 2010 r. do 15,2 kg w 2023 r., czyli powyżej średniej unijnej, która wynosi ok. 11,6 kg. Polska, liczona metodą opartą na faktycznie wytworzonym ZSEE, osiąga około 87% wymaganego poziomu, przy unijnym celu 85%.

Mamy też jedne z najnowocześniejszych zakładów przetwarzania w regionie o potencjale produkcyjnym ponad 1 mln ton rocznie, podczas gdy realnie system wykorzystuje mniej niż 600 tys. ton. Do tego dochodzi efekt edukacji: świadomość prawidłowego postępowania z elektroodpadami wzrosła z 1% do około 75%.

Raport wskazuje jednak też słabości natury strukturalnej. Część organizacji odzysku nie jest tworzona przez rzeczywistych wprowadzających, jak nakazuje ustawa, i nie podlega żadnej weryfikacji w czasie, jest powiązana kapitałowo z zakładami przetwarzania, co generuje konflikt interesów – ten sam podmiot zbiera, przetwarza i raportuje. Powoduje też ograniczenia konkurencyjności. Minimalny kapitał zakładowy organizacji odzysku od 2005 r. nie został zaktualizowany, mimo że wartość rynku sięga dziś około 1,5 mld zł, a w 2005 r. – około 20 milionów zł. Dane w Bazie Danych Odpadowych (BDO) są niepełne i spóźnione, co utrudnia realną kontrolę strumieni. Do tego dochodzą równoległe przepływy i problem nieuczciwej konkurencji w handlu internetowym.

A jak w kwestii zbiórki i recyclingu elektrośmieci wygląda Polska na tle krajów europejskich?

Mamy dobre wyniki ilościowe, ale odstajemy od liderów, takich jak Belgia, Niderlandy czy kraje skandynawskie, jeśli chodzi o przejrzystość ładu korporacyjnego i odporność systemu na nadużycia.

Komisja Europejska w swoich zapowiedziach budżetowych planuje, że od 2028 r. państwa będą płacić 2 euro za każdy kilogram niezebranego sprzętu. Co to oznacza dla Polski?

Oznacza to, że dyskusja o elektroodpadach wychodzi poza resort środowiska i staje się tematem dla ministrów finansów. Wstępne szacunki mówią, że w skali całej Unii taki mechanizm może przynieść nawet 15 mld euro rocznie. Pytanie brzmi: ile z tego zapłaci Polska.

Luka zbiórkowa w Polsce – liczona na podstawie różnicy między sprzętem wprowadzonym na rynek a masą zebranych elektroodpadów – to dziś kilkaset tysięcy ton rocznie. Przy stawce 2 euro za kilogram mówimy potencjalnie o setkach milionów euro rocznie obciążenia. To wystarczający powód, by przestać traktować system ZSEE jako koszt uboczny i zacząć go postrzegać jako element polityki przemysłowej i fiskalnej.

Jest jeszcze pytanie o metodykę. Jeśli opłata będzie liczona na podstawie obecnej, krytykowanej metody opartej na masie sprzętu wprowadzonego na rynek, to kraje o wysokiej sprzedaży trwałych urządzeń będą karane podwójnie. Obecnie WEEE Forum (Waste Electrical and Electronic Equipment ) ogólnoeuropejska organizacja, której jesteśmy jedynym członkiem z Polski, postuluje powiązanie przyszłych opłat z rzeczywistą masą zużytego sprzętu trafiającego na rynek i stopniem odzysku recyklatów, a nie ze sprzedażą nowych. Inaczej zamiast motywować do poprawy, będziemy karali za statystyczne paradoksy. Proste przykłady – Unia wymaga, żeby nowy sprzęt działała jak najdłużej i był w jak największym stopniu możliwy do naprawy, a trwałość urządzeń związanych z domowym OZE jest liczona w dekadach. Z drugiej strony dłużej działający nowy sprzęt to mniejszy poziom zbiórki po trzech-czterech latach.

W jaki sposób Pana zdaniem można poprawić sytuację na krajowym rynku?

Punktem wyjścia jest urealnienie ról i odpowiedzialności. System rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP) opiera się na prostym założeniu: wprowadzający sprzęt na rynek finansują zbiórkę i przetwarzanie, a organizacje odzysku zarządzają tym systemem w ich imieniu. To oznacza, że to oni powinni mieć realną kontrolę nad danymi, kosztami i jakością usług.

Potrzebujemy kilku zmian naraz. Po pierwsze – organizacje odzysku powinny być stabilne finansowo i zarządzane w sposób, który premiuje długoterminową efektywność, a nie maksymalizację krótkoterminowego zysku i wypłatę dywidend. Są to środki, które – z punktu widzenia systemu – powinny pracować na przyszłą zbiórkę, rozwój edukacji i inwestycje w technologie odzysku surowców krytycznych. Tymczasem w latach 2006–2024 organizacje odzysku w Polsce wypłaciły właścicielom setki milionów złotych dywidend.

Po drugie – jak już wspomniałem wcześniej – konieczna jest pełna niezależność organizacji odzysku od zakładów przetwarzania. Tylko wtedy mogą w sposób wiarygodny nadzorować koszty, jakość i zgodność z prawem. Albo ktoś reprezentuje interesy wprowadzających i nadzoruje przetwarzających i recyklerów, albo sam jest przetwarzającym i recyklerem. Łączenie tych ról w jednym podmiocie zawsze kończy się konfliktem interesów i brakiem przejrzystości. A w Polsce ponad połowa aktywnych organizacji odzysku ma powiązania kapitałowe lub operacyjne z zakładami przetwarzania. W praktyce oznacza to, że ten sam właściciel ma wpływ na cały łańcuch: od przejęcia obowiązków wprowadzających, przez wybór instalacji, po raportowanie wyników. Trudno w takiej sytuacji oczekiwać twardych negocjacji cen, rzetelnego audytu i gotowości do zmiany zakładu, jeśli jakość usług spada.

Po trzecie – trzeba wreszcie wykorzystać BDO jako narzędzie zarządzania, a nie tylko rejestr. Dane powinny być kompletne, porównywalne i dostępne w formie pozwalającej na analizy krzyżowe: ile sprzętu wprowadzono, ile zebrano, gdzie, w jakich frakcjach, z jakim wynikiem recyklingu. Bez tego jesteśmy skazani na działanie „na wyczucie”. Nie możemy sobie pozwolić, aby BDO było niepełne, zafałszowujące rzeczywistość i udostępniane z kilkuletnim opóźnieniem.

I wreszcie – bez stałej, profesjonalnej edukacji ekologicznej system się zatrzyma. Konsument jest pierwszym ogniwem łańcucha. Jeżeli nie wie, gdzie oddać sprzęt albo nie ufa systemowi, wybierze piwnicę, złom albo ogólny kontener na odpady.

Jak zmienić sposób myślenia o wykorzystaniu elektrośmieci?

Najpierw trzeba przestać mówić o elektroodpadach wyłącznie językiem „utylizacji” i kosztów. To jest język wczorajszy. Dzisiejszy -– to bezpieczeństwo surowcowe, łańcuchy dostaw i konkurencyjność przemysłu. Jeśli w europejskim strumieniu ZSEE mamy około 1 mln ton surowców krytycznych rocznie, a do 2050 r. może to być niemal dwa razy więcej, to mówimy o jednym z najważniejszych „złóż” Europy.

Potrzebna jest też edukacja społeczeństwa. Zarówno w gospodarstwach domowych, jak i w i wielu firmach zalegają w szafach i magazynach stare telefony, kable, ładowarki. To realna strata – nie tylko miejsca, ale i surowców. Każde takie urządzenie to trochę miedzi, aluminium, stali, tworzyw sztucznych, czasem litu lub metali ziem rzadkich.

Zmiany powinny dotyczyć też prawa i administracji. System ZSEE trzeba traktować jak inwestycję w bezpieczeństwo gospodarcze, a nie jak techniczny obowiązek „gdzieś na marginesie”. To nie jest odpad. Jeżeli środki z kar za niezebranie sprzętu będą trafiać do ogólnego budżetu, zamiast wspierać budowę infrastruktury, cyfryzacji i edukacji, to zmarnujemy okazję do realnej poprawy.

Dziękuję za rozmowę.

Grzegorz Skrzypczak, prezes zarządu ElektrEko S.A.